They're coming to take me away

They're coming to take me away

wtorek, 28 kwietnia 2015

Rozdział 7 Łapanka

Śniłem bardzo spokojnie. Towarzyszyły mi przyjemne marzenia senne, żadnych koszmarów. Ciepła kołdra ogrzewała mnie i nie pozwoliła, bym obudził się, drżąc z zimna. Nikt chyba nie przypuszczał, że tej nocy cokolwiek się wydarzy.
Ale obudził mnie nagle niezwykle głośny wrzask. Przeciągał się jeszcze długo po tym, jak poderwałem się, nie wiedząc o co chodzi. Rozpoznałem, że to Syrin... tylko ona z nas wszystkich tak potrafiła. Jej wrzaski powalały praktycznie każdego i raczej nie dało się słuchać ich spokojnie, nie zakrywając nawet uszu. Tylko... dlaczego krzyczała w środku nocy?! Nie zastanawiałem się nad tym długo. Po tak gwałtownym przebudzeniu nie mogłem skupić się w pełni na ani jednej myśli. Gdy głos ucichł, natychmiast postanowiłem sprawdzić co się dzieje. Dostrzegłem wtedy, że Piotr jest już przy drzwiach a łóżko Bobby'ego jest puste, nawet nie tknięte. Zanim jeszcze wstałem, chwyciłem swoją srebrną zapalniczkę i schowałem ją do kieszeni spodni. Włożyłem szybko buty i ruszyłem do drzwi, za którymi zniknął już mój przyjaciel.
Zaledwie gdy tylko przekroczyłem próg pokoju, tuż przede mną przebiegła grupka młodszych dzieciaków. Uciekali przed kimś lub czymś, jednak to coś było dla mnie ciągle tajemnicą.
Szybko okazało się to głupotą, ale ruszyłem w przeciwnym do nich kierunku chcąc sprawdzić, co tak bardzo ich przeraziło.
Bardzo szybko się cofnąłem, gdy tuż obok mnie przeleciały naboje i wbiły się w najbliższą ścianę. Poczułem nagły przypływ adrenaliny, zrobiło mi się bardzo gorąco. Jeden krok dalej i to byłoby w mojej głowie. Przez chwilę strach sparaliżował całe moje ciało tak, że nie byłem w stanie w ogóle się ruszyć. Kiedy jednak usłyszałem ciężkie kroki sporej grupy zbliżających się ludzi za rogiem, pobiegłem natychmiast przed siebie. Już doskonale rozumiałem, dlaczego dzieciaki z takim przerażeniem uciekały. Ktoś postanowił nas zaatakować i z zimną krwią pozabijać?!
Usłyszałem w końcu swoje imię i zatrzymałem się natychmiast. Zauważyłem Bobby'ego w jednym z mniejszych korytarzy. Spoglądając za siebie z niepokojem podszedłem do niego.
-Gdzie jest Rogue? -spytał nerwowo.
-Nie wiem -odpowiedziałem, unosząc dłonie. Skąd miałem wiedzieć, skoro dopiero co się obudziłem. On nawet już na mnie nie spojrzał, tylko ruszył w przeciwnym kierunku. Ręce mi opadły, widząc jego głupi upór. Pakował się prosto na uzbrojonych tajemniczych żołnierzy.
-Hej! -krzyknąłem i pobiegłem za nim. Mijając szeroko rozwarte drzwi licznych pokoju starałem się nie stracić go z oczu. Wołałem za nim, ale bezskutecznie. Nie słuchał mnie. Ciągle odwracałem się w poszukiwaniu przeciwników, którzy być może już nas ścigali. Na szczęście nikogo tam nie było.
Pościg za Robertem nie trwał długo, i dobrze. Wpadliśmy szybko na jego ukochaną dziewczynę.
-Bobby! -zawołała, podbiegając do niego. Nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi, więc też się nie odezwałem. Ruszyliśmy dalej razem, szukając jakiejś drogi ucieczki. Żadne z nas nie wiedziało, gdzie powinniśmy biec. Wszędzie panował chaos. Zatrzymaliśmy się nagle, gdy oślepiło nas jasne białe światło bijące od okna. Usłyszałem niepokojące dźwięki z tamtej strony i już wiedziałem, że to helikopter, może nawet kilka. Zaniepokojony i naprawdę wystraszony odskoczyłem w tył i zasłoniłem twarz dłonią, starając się ochronić przed oślepiającym światłem. Nie wiedziałem, co się wokół mnie dzieje. Głośne wrzaski obudziły mnie w środku nocy i jedyne co zobaczyłem to kompletny chaos, uzbrojeni faceci, zero nauczycieli. Jean i Storm poleciały gdzieś odrzutowcem, nie wiedziałem gdzie. Podsłuchałem zupełnie przypadkowo, że musiały znaleźć kogoś ważnego. Profesor Xavier ze Scottem też pojechali kogoś odwiedzić, ale przecież o tej porze wszyscy byli już w Instytucie...
To wyglądało jak jeden z najgorszych koszmarów. Czy w ogóle mieliśmy szansę przeżyć?
Przez chwilę zastanowiałem się, która właściwie jest godzina. Poszukiwania jakiegokolwiek zegarka w tych warunkach okazały się jednak zupełnie bezskuteczne.
Zawróciliśmy szybko. O mało co nie wpadłem na ścianę, próbując skręcić do bocznego korytarza. Przez to ostre światło ciężko było mi w ogóle zorientować się jakoś w terenie.
Usłyszałem głośny huk strzałów tuż za sobą. Celowali do nas z helikoptera i zabójcze pociski uderzyły w ścianę tuż za moimi plecami. Po raz kolejny. Serce gwałtownie przyśpieszyło, miałem wrażenie, że zaraz wyrwie się na zewnątrz. Oddech również stał się bardzo niezrównoważony. Ciężko było mi złapać powietrze, gdy biegnąc, bałem się o kolejne strzały. Nie mogliśmy pozwolić sobie w tym momencie na minimalne zwolnienie tempa. Jeszcze nie teraz.
Zobaczyłem, że Bobby mocno ściska Annę za rękę. Pomyślałem w pierwszej chwili, dlaczego to ja nie mogę być na jego miejscu? Obdarowałem ich niemiłym i zazdrosnym spojrzeniem, czego stety lub niestety nie zauważyli, bo biegłem parę metrów za nimi. Oczywiście przez to zagrożenie w większej części padało na mnie. Wrogów z przodu zakochana para dostrzeże, ale tutaj jestem skazany w pełni na siebie, bo tamci nawet się nie oglądali. Ja całkiem przeciwnie. Trudno było mi biec, nie sprawdzając co chwilę korytarza za sobą. Naprawdę się wtedy bałem i nie opuszczałem nadziei, że być może to wszystko jest jedynie koszmarnym snem. Nic na to jednak nie wskazywało. Zwłaszcza ból w udzie, który coraz bardziej dawał mi się we znaki. Wcześniej, uciekając przed helikopterem, dość mocno uderzyłem o róg komody. Dotknąłem tego miejsca, jakby miało to uśmieżyć mój ból. Tuż po tym wybiegliśmy zza rogu. Już chciałem zatrzymać się gwałtownie i skręcić, ale zobaczyłem, że mężczyzna, na którego wpadliśmy to profesor Logan. Uciszył nas gestem dłoni i dalej czaił się przy ścianie. Sam oparłem się o nią, próbując uspokoić oddech i zwolnić rytm serca. Nie dawałem sobie z tym rady. Wciąż bałem się, że znów ktoś do mnie strzeli, tym razem celnie. Nagle zobaczyłem, że tak samo ubrani na czarno mężczyźni wybiegają z innego korytarza. Widząc te wielkie groźne karabiny miałem ochotę uciekać natychmiast, ale nie wiedziałem gdzie, czułem się otoczony z każdej strony. Napastnicy jednak bardzo szybko pożałowali tego kroku, bo Logan bez wahania rozprawił się z nimi za pomocą swoich szponów. Odetchnąłem z ulgą, gdy zapadła cisza. Rozszarpane adamantem ciała leżały bez życia pod naszymi nogami. Spojrzałem na broń. Przez chwilę nawet sam zapragnąłem wziąć ją ze sobą i odwdzięczyć się przeciwnikom. Szkoda tylko, że nie miałem najmniejszego pojęcia jak obsługiwać się tą bronią. Ruszyliśmy dalej. Tym razem wolniej i spokojniej, mniej chaotycznie, bo był z nami Wolverine.
Kierowaliśmy się w stronę pewnego tajnego przejścia, które dobrze pamiętałem z treningów i specjalnych zajęć. Dobrze, że nie byłem sam, bo sekunda i skręciłbym w zły korytarz. Przez to całe zamieszanie nie pomyślałem nawet o tym, w którą stronę się kierować. Bardzo chciałem się uwolnić, wciąż czułem się jednak jak na celowniku. To było nie do zniesienia. Na szczęście zarówno ja i pozostała dwójka przyjaciół bezpieczniej czuliśmy się w towarzystwie jednego z nauczycieli. Wiedzieliśmy dobrze, że Logan jest silny, wytrzymały i odważny, po prostu nie do zdarcia. Może to jego samoregeneracja i zabójcze szpony dawały nam to poczucie bezpieczeństwa, bardzo duże.
Otworzyliśmy przejście ukryte w ścianie. Gdy schyliłem się i mijałem jego próg, poczułem chłód na całym ciele. Ten korytarz nie należał wcale do najcieplejszych miejsc. Usłyszałem głos Rogue wołający Logana, który, gdy ta weszła, zatrzasnął przejście tuż za nią.
-Co się stało? -spytałem odrobinę zdziwiony.
-Logan tam został! -krzyknęła spanikowana. -musimy mu pomóc!
-Poradzi sobie doskonale... -stwierdziłem zdenerwowany. Nawet Loganem przejmowała się bardziej niż mną. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to, co powiedziałem było wredne i trochę egoistyczne, ale jedyne o czym myślałem, to żeby wydostać się jak najszybciej. Chciałem poczuć spokój, bezpieczeństwo i odetchnąć w końcu bez strachu o utratę swojego życia.
-Bobby! Proszę... -powiedziała błagalnym tonem, wpatrując się w niego intensywnie. Iceman oczywiście przytaknął, a co miał zrobić innego, gdy wpatrywały się w niego te błyszczące wielkie oczy. Westchnąłem niechętnie i skrzyżowałem ręce na torsie. Kiedy oni wyjrzeli przez ciasne przejście na korytarz, ja stałem spokojnie, opierając się plecami o chłodną ścianę. Przyglądałem się swojej zapalniczce, obracając ją w dłoni na wszystkie strony. Nie wiedziałem, co tamta dwójka chce zrobić, słyszałem jedynie krótką rozmowę, zanim Logan postanowił do nas dołączyć. Rogue cieszyła się z jego obecności, co z resztą okazywała, zagadując do niego od razu z uśmiechem. Wolverine spojrzał na mnie a ja tylko od niechcenia uniosłem wzrok.
-Widać, kto tu się najbardziej o mnie martwił. -stwierdził i parsknął, mijając mnie wolno. Nie specjalnie mnie to ruszyło. Przyglądałem się mu przez chwilę, chowając swoją niewielką broń do kieszeni. Wiedziałem, że Logan świetnie poradziłby sobie z atakującymi go żołnierzami, ale skoro Bobby i Rogue tak bardzo chcieli go przy sobie, to czemu nie poczekać chociaż, aż oni to załatwią? Pomyślałem, że to zawsze jakaś ochrona.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Korytarz, którym szliśmy różnił się od poprzedniego praktycznie wszystkim. Trudno było sobie wyobrazić, że tuż obok ładnie zachowanych, ozdobionych drewnem i eleganckimi obrazami oraz meblami korytarzy mieszczą się ponure, zimne i szare, mające służyć jedynie jako droga ewakuacji w razie nagłego zagrożenia. Odkąd pierwszy raz zobaczyłem te korytarze, kojarzyły mi się z upiornym i ogromnym opuszczonym szpitalem. Czasem miewałem nawet koszmary z tym związane. Biegłem w nich przez środek, otulony absolutnym mrokiem. Nie widziałem kompletnie nic. Jedynie podłoga tuż pod moimi stopami była jeszcze w miarę widoczna. Nie potrafiłem się zatrzymać. Czułem, że coś za chwilę złapie mnie z tyłu za ramiona i zabije. Kończyło się to zwykle tak, że budziłem się nie tylko ja, ale i współlokatorzy, którzy byli skazani na moje wrzaski spowodowane nienaturalnie licznymi koszmarami sennymi.
Na szczęście tutaj nie byłem sam. Po prostu zwyczajnie bałbym się przemierzać tę ścieżkę samotnie. Między innymi właśnie dlatego zostałem, czekając na Logana, a przecież mogłem iść dalej bez nich. Chociaż gdybym nawet spróbował, strach sparaliżowałby mnie od razu i uniemożliwił dalszą ucieczkę.
Szczęśliwie miałem u boku przyjaciół. Dotarliśmy po paru zakrętach do końca korytarza. Jako trzeci wspiąłem się na drabinkę, która prowadziła do garażu. Gdy wyszedłem z niewielkiego przejścia, ukazało się przede mną wielkie pomieszczenie, dokładnie oświetlona sala wypełniona samochodami i innymi pojazdami. Kątem oka dostrzegłem, że Bobby i Rogue zmierzają w stronę auta Scotta, więc zrobiłem to samo, Logan za mną. Chciałem prowadzić, ale od razu powstrzymał mnie Wolverine.
-Może innym razem... -mruknął, zajmując sobie miejsce z przodu. Trudno było mi wyczytać cokolwiek z jego wyrazu twarzy. Jakby nie było w nim żadnych uczuć. Musiał naprawdę sprytnie je przy nas maskować, bo mieć... przecież miał je na pewno. Jak każdy. W dodatku wcale nie same przyjemne, biorąc pod uwagę to, co słyszałem o jego życiu od Rogue. Wciąż ukrywałem, że w ogóle wiem cokolwiek o najbardziej tajemniczym nauczycielu w Instytucie. Wolałem nie narażać ani siebie ani Anny, przecież nikt nie lubi, gdy opowiada się o jego życiu komukolwiek.
Zacisnąłem pięści i stałem tak przez chwilę. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że nie ma czasu na sprzeczki i zająłem miejsce z tyłu. Nie zapiąłem pasów, rozsiadłem się tylko wygodnie i patrzyłem na pozostałych... ale byłem jakiś nieobecny. Nie reagowałem na nic. Nie słuchałem ich rozmów, nie interesowały mnie w ogóle.
Wyruszyliśmy w drogę i światło lamp pozostało daleko za nami. Ustąpiło ono nocnemu krajobrazowi rozgieżdżonego nieba, mnóstwom mrocznych kształtów skrytych w cieniu. Instytut znajdował się daleko od miasta, więc musieliśmy przedrzeć się przez słabo oświetloną drogę by dojechać... do jakichkolwiek budynków. Przez dłuższy czas wgapiałem się w okno. Uwielbiałem to robić, podróżować w nocy i oglądać świat pokryty cienistą płachtą. W końcu jednak, zwracając wyraźną uwagę na to, że nikt inny tego nie powiedział, spytałem:
-Co to właściwie było do cholery?
-Stryker. William Stryker. -odpowiedział Logan bez chwili wahania. Kojarzyłem skądś to nazwisko... czułem, że spotkałem się z nim już wcześniej, ale w pierwszej chwili nie mogłem sobie przypomnieć.
-Kim on jest? -spytałem ponownie, uparcie próbując wygrzebać jakieś wspomnienia ze swojej pamięci. Nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie, gdy wołałem z całych sił: "Stryker! Stryker, wypuść mnie stąd!!", kiedy wspomniany mężczyzna więził mnie i chciał wykorzystać do jakichś swoich dziwnych celów. Wpakował mnie do symulacji, która była jak zdecydowanie groźniejsza i stokroć straszniejsza wersja naszego symulatora treningowego. Czy to na pewno on dzisiejszej nocy zaatakował naszą szkołę? Byłem tego prawie pewny, choć wolałem zatrzymać wszystkie te myśli i wspomnienia dla siebie. Dopiero niedawno zdołałem zapomnieć o całym tym zdarzeniu dzięki pomocy profesora Xaviera i dr. Grey... a teraz ten człowiek znów ciśnie mi się do wspomnień jak tylko może. Wraz z wymówieniem nazwiska wróciło wszystko.
-Nie pamiętam... -odparł Wolverine. Ponownie zapadła beznadziejna cisza. Zastanawiałem się przez moment, czy nie wspomnieć o tym, co działo się ze mną u Strykera, ale postanowiłem w końcu milczeć. Dlaczego? Nie wiem. Może nie chciałem tej sztucznej łaski spowodowanej litością po usłyszeniu o mojej tragicznej przeszłości. Z resztą... Wolverine zna jej większość. Sam razem z Jean, Storm i Scottem uwarotali mnie i sprowadzili do Instytutu.
Przysnąłem w samochodzie, nie wiem na ile, ale gdy już się obudziłem, akurat dotarliśmy na miejsce i nastał ranek.
Uniosłem ciężkie, klejące się powieki z trudem, bo mało spałem w nocy, potrzebowałem więcej snu. W tej chwili marzyłem jedynie o miękkiej poduszce i ciepłej kołdrze. Dopiero po chwili usłyszałem głos Bobby'ego szturchającego mnie w ramię i powtarzającego moje imię. Powiedział, że jesteśmy już na miejscu. Uniosłem głowę, zmęczonym wzrokiem wodząc po wnętrzu samochodu. Niechętnie w końcu wyszedłem na zewnątrz. Poczułem zimny powiew wiatru obejmujący mnie zaraz po postawieniu pierwszego kroku. Słońce w większości wychylało się już nad horyzontem. Zdołałem zobaczyć je pomiędzy niewielkimi domami osiedla, na którym mieszkała rodzina Icemana. Chciałem już koniecznie wejść do środka, żeby się ogrzać. Ten poranek nie należał do najcieplejszych i najprzyjemniejszych.
Natychmiast wyjąłem z kieszeni spodni zapalniczkę i zacząłem się nią bawić, zamiennie otwierając ją i zamykając. Wyglądało to tak, jakbym odczuwał czasem silną potrzebę robienia czegoś z rękami. Może faktycznie tak było. Nienawidziłem jakiejkolwiek bezczynności, nie potrafiłem czasem nawet ustać w miejscu, byłem bardzo energiczny, porywczy. Myślałem często, czy nie mam przypadkiem jakiegoś ADHD.
Gdy podeszliśmy do drzwi, Bobby znalazł klucz i wpuścił nas do środka. W domu było zdecydowanie cieplej, chociaż jak dla mnie mogło być lepiej. Rozejrzałem się po przedpokoju. Wnętrze urządzone było w jasnych kolorach. Gdzieś z boku stała niewielka szafka z kwiatem, parę zdjęć rodzinnych, nic szczególnego. Wokoło unosił się też bardzo przyjemny zapach lawendy.
-Nie podpal czegoś -Bobby zwrócił się do mnie z uśmiechem a zaraz po tym Logan i Rogue również na mnie patrzyli. Zmarszczyłem brwi i przewracając oczyma, ruszyłem dalej za innymi.
Bobby zniknął na schodach, prowadząc za sobą Rogue. Logan poszedł w przeciwnym kierunku, nie pytając nawet nikogo o zdanie. Ja zostałem przez chwilę na miejscu, nie wiedząc, co właściwie powinienem ze sobą zrobić. Ściskając zapalniczkę w dłoni, zupełnie jakby była moim najcenniejszym skarbem, podszedłem w końcu do ściany, na której wisiała spora ilość zdjęć rodzinnych. Nie zwróciłbym na nie szczególnej uwagi, gdyby coś specjalnego się we mnie nie rozbudziło... to chyba tęsknota. Paląca i rozrywająca mnie powoli tęsknota za czymś, czego nigdy właściwie nie miałem. Mam na myśli kogoś, dla kogo liczy się tylko twoje dobro. Kto naprawdę kocha cię bezinteresownie i sprawia, że czujesz się ważny, potrzebny, naprawdę chciany i kochany... Nigdy ich nie znałem a widziałem na oczy jedynie jako niemowlę. Nie miałem rodziców. W ciągu tych szesnastu lat zdołałem już przywyknąć do ich braku, przyzwyczaiłem się do tego, że nie mam kogo nazywać matką lub ojcem. Ale to nie znaczy, że nie czułem bólu, że nie chciało mi się płakać, wrzeszczeć. Wręcz przeciwnie... zwłaszcza w takich momentach jak ten, gdy będąc całkiem sam widziałem szczęśliwą rodzinę. W tym przypadku mojego najlepszego przyjaciela z bratem i obojgiem rodziców. Byli tacy szczęśliwy, uśmiechali się radośnie, obejmując siebie nawzajem. Długo wpatrywałem się w to zdjęcie. Trudno było mi określić, ile czasu. Może były to zaledwie sekundy, może o wiele dłużej. Dopadł mnie głęboki smutek gdy tylko pomyślałem o tym, że nie licząc przyjaciół, jestem na świecie całkiem sam, a nawet co do nich miewałem pewne... wątpliwości. Nie znali mnie praktycznie wcale, nie wspominając już w ogóle o zrozumieniu. Nikt prócz czwórki nauczycieli nie wiedział nawet, jak właściwie trafiłem do Instytutu Mutantów, co wtedy się ze mną działo, co było wcześniej. Nikt nie wie.

Poczułem, że ciężko mi się oddycha. Łza spłynęła po moim policzku, opadając w końcu na ziemię. Słyszałem z pomieszczenia obok jakieś głosy, ale wszystko mi się ze sobą zlewało. Nie potrafiłem odróżnić ani jednego słowa. Zacisnąłem powieki, starałem się nie płakać, ale nie panując nad sobą, załkałem cicho. Natychmiast zasłoniłem usta dłonią i odwróciłem się w bok. Zobaczyłem wtedy w drzwiach rodziców Icemana razem z nim. Zawahałem się, ale w końcu ruszyłem powoli ku nim, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, chociaż ślady łez na moich policzkach sugerowały całkiem coś innego.

1 komentarz:

  1. Zdolnire mein Junge, ładnire pisze. Das ist gut, że Herr Volfferine sie vas opiekiren, aber przyjdz kiefy do starego Barona von Blitzschlaga

    OdpowiedzUsuń