Poczułem ostry zapach przypominający paliwo. Rozejrzałem się dookoła, zatrzymując na chwilę. Usłyszałem jakieś dziwne szumy. Pozostali dalej szli przed siebie. Przyśpieszyłem nagle, chcąc ich dogonić. Zaniepokoiłem się niezbyt przyjemnymi odgłosami, dochodzącymi od strony ścian. Znaleźliśmy się w ogromnym pomieszczeniu. To otoczenie i wystrój laboratoryjny już dawno przestało być dla mnie czymś obcym. Cała sala o dziwo aż świeciła pustkami. Znajdowało się tam jedynie kilka komputerów, a na samym środku wysoki, otoczony różnymi kablami i przewodami podest.
Byłem pod wrażeniem. Pierwszy raz w życiu widziałem coś podobnego. Nim oderwałem wzrok od potężnej maszyny, obejrzałem ją bardzo dokładnie od góry do dołu. Byłem zachwycony tym widokiem. Różne linie lśniące błękitnym światłem otaczały całą konstrukcję, tworząc na niej coś w rodzaju sieci.
Spojrzałem w stronę pozostałych i zobaczyłem, że nie tylko ja wpatrywałem się tak w maszynę.
-Nie ma czasu -odezwał się nagle Scott. -Musimy to rozbroić, zanim ją przygotują i użyją...
-Ale... -zacząłem niepewnie, unosząc lekko rękę, zupełnie jakbym zgłaszał się do odpowiedzi podczas lekcji. -Co to właściwie jest?
Spojrzałem na Scotta i Logana. Robert i Anna nic nie mówili. Najwidoczniej również oczekiwali odpowiedzi ze strony nauczycieli.
-Broń -odpowiedział krótko Wolverine. -potężna broń, którą za jednym zamachem można wybić połowę światowej populacji.
-Jak? -spytałem zszokowany.
-To właśnie jest zagadką. Musimy również zdobyć informacje na ten temat i uniemożliwić aktywowanie tej maszyny.
Przytaknąłem, czując wielką chęć pomocy. Ogarnęła mnie w jednej chwili niesamowita pewność siebie. Myśl o tym, że gdy wrócimy, będziemy mogli opowiedzieć wszystkim o naszej przygodzie sprawiała, że przepełniała mnie euforia i radość. Znów byłem pełen energii i gotów do działania.
-Wy poczekajcie i obserwujcie, czy nikt tu nie idzie... my zajmiemy się główną misją.
Uśmiech na mojej twarzy momentalnie zniknął. Cała radość przemieniła się w zawiedzenie i oburzenie.
-Dlaczego nie możemy Wam pomóc?! -krzyknąłem niespokojnie.
-Cicho, Młody! -warknął Logan i szturchnął mnie mocno w ramię.
-Chcę Wam pomóc... -szepnąłem.
-I pomożesz... obserwując dokładnie korytarz i pilnując, czy nikt nie zmierza w naszą stronę, by nam przeszkodzić. Jeśli ktoś uruchomi alarm, cała misja się nie uda, a my prawdopodobnie nie damy rady stąd uciec, rozumiesz?
Przytaknąłem niechętnie. Nie lubiłem takich wykładów, a na moje nieszczęście zdarzały się one dość często. Nie okazując ani krzty zadowolenia, ruszyłem w stronę drzwi. Robert i Anna nie odezwali się ani słowem. Nie mieli ochoty dyskutować tak jak ja. Wątpię, czy Logan zareagowałby tak ostro na nich w takiej samej sytuacji. To mnie najbardziej denerwowało.
Wyjrzałem zza rogu. Korytarz był kompletnie pusty. Miałem cichą nadzieję, że to się zmieni...
Logan i Scott nie zwlekali. Gdy doszliśmy do drzwi, oni już kombinowali coś przy maszynie.
Oparłem się o futrynę drzwi i przyjąłem bardzo niezadowolony, wręcz oburzony wyraz twarzy.
Bobby i Rogue zdecydowanie bardziej skupiali się na powierzonym nam zadaniu. Mimo, że ze spokojem wysłuchałem tego krótkiego wykładu (bywały o wiele, wiele dłuższe), nie byłem zbyt chętny do wykonywania polecenia, jakie mi dano.
Niespokojnie wciąż kręciłem się na wszystkie strony, zmieniając pozę i szukając jakiegoś wygodniejszego ułożenia.
-Dlaczego oni tak nas ograniczają? -spytałem w końcu.
-Wcale nas nie ograniczają... -mruknął Bobby, rozglądając się na zmianę w obydwie strony korytarza. Wyraźnie był skupiony na tym zadaniu. -Może nie zauważyłeś, ale to pierwsza misja, w której uczestniczymy... w dodatku bez przygotowania.
-Oczywiście... -nie miałem pojęcia co odpowiedzieć. Stojąc tak byłem coraz bardziej znudzony. Nikt nawet nie zbliżał się w te okolice. Szkoda. Chciałbym trochę akcji po tak długim spacerze wśród śniegu i lodu.
-Tu niczego ani nikogo nie ma.. sądzisz, że to normalne? -odezwałem się ponownie do przyjaciela. W moim głosie dominowało znużenie.
-To chyba dobrze -odpowiedział krótko. -nie musimy się aż tak spieszyć z tamtą maszyną.
Zdumiony uniosłem brwi. Mieliśmy jednak całkiem inne podejście do tego typu spraw.
Ja byłem bardzo podekscytowany, z kolei Bobby najchętniej wróciłby teraz do Instytutu, bez chwili zwłoki. Okazało się, że jednak wcale nie chciał wyjść na bohatera, jak wcześniej uważałem. Przecież tyle razy o tym opowiadał... ukrywał to w tej chwili, nie pasowała mu misja, czy ja zbyt poważnie to odebrałem? W każdym bądź razie mój styl i charakter przypominał raczej wojownika. Miałem ogromny zapał do walki. Nigdy nie uciekałem, chociaż czasem w moją stronę rzucane zostały słowa: "cwany w słowach, ale tchórz w czynach"... sądzę, że to nie ma kompletnie nic wspólnego ze mną. Żeby się przypadkiem ktoś nie zdziwił. Nawet mój najlepszy przyjaciel prawie nic o mnie nie wiedział. Sam znałem siebie gorzej, niż wtedy sądziłem. Mój umysł skrywał przed samym mną jeszcze wiele tajemnic. Mnóstwo czekało na odkrycie.
Odwróciwszy się w stronę Scotta i Logana, spostrzegłem, że w dalszym ciągu kombinują coś przy panelu sterowania ustawionym przed potężną konstrukcją. Poczułem nagle dość drażniący, ale delikatny powiew zimna. Rozejrzałem się wokoło, jednak niczego ani nikogo nie zobaczyłem. Krzyżując ręce przy torsie, pociągnąłem krawędzie kurtki, by ta bardziej przylegała do mojego ciała. Mało to jednak dało.
Jeśli cała misja miała tak wyglądać (nudno i zimno), wolałem już zostać w domu.
Korytarz w kolorach szarości i wyblakłego błękitu nie zmieniał się wcale. Ściany pozostały niewzruszone, prostokątne, długie lampy migotały lekko, co było najciekawszą rzeczą, jaką można było zaobserwować w okolicy.
Wzdychając cicho, przestałem po chwili się rozglądać. Znalazłem jakiś punkt w przestrzeni przede mną i wpatrywałem się w niego niewzruszony. Nie wiem ile to dokładnie trwało, ale stałem nieruchomo zupełnie jak rzeźba, aż nie poczułem silnego szarpnięcia za ramię. Kompletnie zaskoczony poddałem się temu i po chwili znalazłem się już za jakimiś drzwiami. Było tam ciemno. Ostry zapach dawał się jeszcze bardziej we znaki. Wokół słyszałem jedynie oddechy swoich towarzyszy. Wyłączyłem się wcześniej na jakiś czas, więc kompletnie nie miałem pojęcia o co chodzi.
Przez niewielką szparę między dwoma skrzydłami metalowych drzwi dostrzegłem, że ktoś wszedł do sali tym samym wejściem, którego miałem pilnować. Nie wywiązałem się więc z zadania. Nie zauważyłem ich wtedy.
Poczułem na ramieniu dłoń, która nakazała mi po chwili kucnąć i odsunąć się w bok.
"Nie mogliśmy pozwolić, by ktokolwiek nas zauważył. " -tak wtedy wyszeptał mi Logan. Przytaknąłem ruchem głowy na potwierdzenie jego słów, jednak nie miałem pojęcia, czy zauważył to w takich ciemnościach.
Czekałem cierpliwie na jakiś znak, jednak stało się to coraz bardziej nużące. Nie doczekałem się go zbyt szybko. Czas mijał i mijał. Sądziłem, że to tylko chwilowa kryjówka, ale musieliśmy posiedzieć tu trochę dłużej... "trochę", łagodnie mówiąc.
Usłyszałem nagle głosy. Nie rozpoznałem żadnego z nich. Wiedziałem, że było to dwóch mężczyzn. Chciałem na nich zerknąć, ale powstrzymał mnie Scott, ciągnąc delikatnie z powrotem do tyłu. Rezygnując więc z tej przyjemności, pozostałem na miejscu.
-Dlaczego to nie działa?! -krzyknął jeden z nich. Słysząc to, aż podskoczyłem.
-Ktoś zabrał główny dysk! Co za idiota kombinował przy mojej maszynie?!
-Nikt nie dostał przecież takiego rozkazu...
-Sugerujesz więc, że to ktoś... z zewnątrz? Intruz? Ktoś śmiał włamać się do mojej tajnej pracowni?
-Nie mam pewności, ale chodźmy sprawdzić nagranie z monitoringu. Jeśli ktoś tu był, złapiemy go szybciej, niż myśli.
-Nikt nie będzie mnie bezczelnie okradał! To maszyna mojego projektu i nie pozwolę na...
-Nie zapominaj, kto sfinansował to wszystko... gdyby nie my, nigdy nie stworzyłbyś tej swojej wymarzonej broni.
Rozmowa ucichła po niedługim czasie. Usłyszałem tylko kroki... coraz bardziej się oddalały. Po tym ponownie zapadła kompletna cisza. Wyszliśmy z kryjówki.
-Mamy mniej niż pięć minut, zanim dotrą do sali monitoringu. Do tego czasu musimy stąd zniknąć. -rozkazał Scott. Nie dyskutowałem. Posłusznie ruszyłem za Wolverine'm, nerwowo rozglądając się dookoła. Pomyślałem, że skoro zobaczą nagranie, na którym włamujemy się do sali, uruchomią alarm, a wtedy z kolei, zgodnie ze stwierdzeniem Logana, moglibyśmy mieć poważny problem z wydostaniem się. W tamtej chwili, sam nie wiem dlaczego, nasunęła mi się na myśl jedna z piosenek zespołu Linkin Park.
Mijaliśmy coraz więcej zakrętów. Korytarze wydawały się zdecydowanie dłuższe i bardziej skomplikowane niż ostatnio. Co chwilę odwracałem się do tyłu. Sam nie wiedziałem, czy wolałbym tam kogoś zobaczyć. Na wszelki wypadek wyjąłem z kieszeni kurtki srebrną zapalniczkę. Miałem pewne przeczucie... jak się miało okazać za chwilę, słuszne.
Wybiegając zza rogu zobaczyliśmy, że w korytarzu czeka już na nas cały oddział żołnierzy. Wszyscy natychmiast się wycofali, tylko ja pozostałem na miejscu. Odpaliłem zapalniczkę, osłaniając nas ogniem szerokim i wysokim na cały korytarz. Machnąłem dłonią delikatnie, wskazując w przód, a płomienie od razu posłusznie ruszyły przed siebie, pozostawiając na ścianach, podłodze i suficie jedynie czarne ślady.
Trzymając otwartą dłoń i wykonując różne gesty, kontrolowałem go. Ogień był na każdy mój rozkaz gdy tylko zechciałem. Kiedy jednak zamknąłem swoją dłoń, na chwilę zapadła kompletna cisza. Płomienie zniknęły. Przez moment trwałem tak jeszcze w bezruchu, kierując wzrok w stronę spalonych ciał przeciwników, leżących na drugim końcu korytarza. Wyraźnie próbowali uciec przez moim ogniem. Niedoczekanie. Nie ma przed nim ucieczki.
Ten widok już od dawna nie działał na mnie negatywnie. Mam na myśli widok zwęglonych ciał, kompletnie pozbawionych życia, który zapewne u wielu pozornie najdzielniejszych wzbudziłby silne dreszcze. Ja jednak patrzyłem na nie beznamiętnie, jedynie z pogardą i wielką pewnością siebie ukrytą w spojrzeniu ciemnych oczu.
Zza rogu wyszli pozostali. Logan rzucił mi tylko krótkie spojrzenie, ale nic nie powiedział. Może to i lepiej? Przynajmniej się nie czepiał. Nie sądzę z resztą, by miał o co. To nie byli przypadkowi ludzie a żołnierze, którzy mieli za rozkaz złapać nas, lub nawet pozbawić życia w ewentualności.
Ruszyliśmy dalej. W korytarzu wciąż można było wyczuć ostry zapach dymu. Ignorowałem to jednak, stawiając spokojnie jeden krok za drugim. Szedłem tuż za Loganem. Najwyraźniej doskonale pamiętał drogę, bo tym razem wyrwał się przed wszystkich i szedł, a raczej prawie biegł jako pierwszy.
Z otwarciem potężnych, żelaznych wrót, którymi weszliśmy, nie było większego problemu. Scott postarał się również o to, by zostały zniszczone kamery nie tylko na naszej drodze, ale także w dalszych korytarzach, które tylko mijaliśmy. A po to, by zmylić ewentualnie ścigających nas, kolejnych żołnierzy.
Wybiegliśmy do olbrzymiej groty, w której wcześniej Rogue znalazła przejście do środka. Ponownie poczułem nagłą falę chłodu, uderzającą we mnie wraz z przekroczeniem progu tej dziwnej, ukrytej bazy. Zmianę temperatur odczuwałem bardzo gwałtownie. Zadrżałem jednak tylko, nie chcąc już narzekać.
Logan zatrzymał się jeszcze przy samym wyjściu i wbił pazury w panel obok wrót, w skutek czego potężna, żelazna płyta opadła z hukiem, nie mając już szansy na otwarcie. Pozostawiając to już za sobą, ruszyliśmy w drogę powrotną. Nikt nic nie mówił, a mi w końcu zaczęła dokuczać ta cisza.
-Wracamy już do Instytutu? -spytałem spokojnie, mimo że odpowiedź na to pytanie była raczej oczywista.
-Tak -odpowiedział krótko Logan.
-Udało się Wam? -kontynuowałem. Miałem zdecydowanie dość milczenia.
-Oczywiście -odezwał się ponownie, wyjmując maleńki dysk z kieszeni. Na jego twarzy ukazał się szeroki, cwany uśmiech.
-Już na pewno nie odpalą tej maszynki.
Przytaknąłem i nawet zdobyłem się na uśmiech. Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem co mogę jeszcze powiedzieć.
-Dobrze się spisałeś, Młody. To był mocny, porządny atak. Egzamin z używania mocy zaliczony, chociaż musimy popracować jeszcze nad kondycją.
Wolverine poklepał mnie po ramieniu, a w odpowiedzi spojrzałem na niego z uniesionymi brwiami. Trudno było mi uwierzyć, że słyszę od niego taką pochwałę. Przeniosłem wzrok na Bobby'ego i Rogue. Zorientowałem się, że w drodze powrotnej wszyscy mieli zdecydowanie lepsze humory. Co za tym idzie, sama droga przebiegała również szybciej.
Zanim się zorientowaliśmy, byliśmy już w Blackbird. Zająłem szybko swoje miejsce. Miałem już serdecznie dość tej przygody, mimo że wcześniej byłem nią niezwykle podekscytowany. Zapiąłem pasy, rozkoszując się przyjemnym ciepłem ogrzewania (uroki nowoczesnej technologii) i ostatnim, pożegnalnym spojrzeniem na lodową krainę.
-Co? Zmarzłeś, nie? -zadrwił Drake, również zajmując swoje miejsce.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo. -uśmiechnąłem się słabo. -Wiesz, co zrobię w Instytucie? Usiądę sobie przy kominku, owinę się kocykiem i pójdę spać.
Zaśmiałem się, rozciągając lekko ramiona. Od razu poczułem się senny.
-A ja chętnie bym tu jeszcze został.
Słysząc jego wypowiedź, wytrzeszczyłem oczy i popchnąłem go lekko.
-To już! Wypad!
Prychnął tylko, śmiejąc się pod nosem. Zaprzestaliśmy tej niezbyt poważnej dyskusji gdy Anna usiadła obok, a Scott i Logan za sterami.
Wróciliśmy do domu. Po drodze prawie zasnąłem. Podróż potrwała zdecydowanie dłużej niż sądziłem. Mimo tego, że nikomu nic się nie stało i wszystko poszło dobrze, spodziewałem się niemałych kłopotów.
Po kilku godzinach dotarliśmy już do Instytutu. Zajmowałem miejsce w jednym z eleganckich foteli w gabinecie profesora Xaviera, który rozmawiał ze Scottem i Loganem kilka metrów dalej. Nerwowo rozglądałem się wokoło, zerkając na Bobby'ego i Rogue. Byli chyba równie zdenerwowani co ja. Czekałem dość niecierpliwie na to, co ma się wydarzyć. Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać.
Po chwili moje serce zaczęło bić mocniej. Cała trójka podeszła do nas, ale na twarzy Profesora, zamiast gniewu, malował się spokojny uśmiech. W jego głosie również nie usłyszałem nic niepokojącego.
-Dzieci, zdajecie sobie sprawę, że to było bardzo niebezpieczne?
-Tak -odpowiedzieliśmy prawie jednocześnie.
-Nie będę pytał, czyj to był pomysł, bo to Wasza wspólna wina. Mogliście się nie zgadzać. Ale cóż... jeszcze nie wiem, co zrobić z Wami, żebyście wyciągnęli z tego jakąś lekcję. Z pewnością, dostrzegając niebezpieczeństwo w trakcie misji już wiecie, że nie warto pakować się w cudze sprawy, zwłaszcza, że jesteście jeszcze dziećmi. Pomyślę jeszcze, ale mam nadzieję, że przeszła Wam już ta chęć do walki.
Tego "kazania" wysłuchałem w spokoju. W sposobie mówienia Profesora było już coś, co mnie uspokajało. Patrzył nie tylko na mnie, ale także na pozostałych. Mógł wszystko wyczytać z naszych myśli, ale nigdy tego nie robił. Powtarzał zawsze, że w takich sytuacjach to nic nie da. Dana osoba ma coś zrozumieć.
-Możecie już iść. Dziękuję. -posłał nam serdeczny uśmiech.
Przytaknąłem i wstałem. Bobby i Rogue poszli w swoim kierunku. Było już dosyć późno, jednak ja nie miałem zamiaru spać. Byłem pobudzony. Musiałem się czymś zająć. Wiedziałem już nawet czym.
Wpadłem tylko na chwilę do naszego pokoju i nie zwracając nawet większej uwagi na goszczoną przez Petera Kitty, wziąłem ze swojego biurka zeszyt oprawiony w czerwoną, twardą okładkę. Wychodząc z pokoju, przystanąłem tylko na moment przy drzwiach i odwróciłem się w stronę przyjaciół.
-Miłej randki -mruknąłem, wychodząc pośpiesznie z pokoju. Usiadłem w salonie. Nikogo tam na szczęście nie było. Miałem w końcu chwilę upragnionej ciszy i spokoju. Zacząłem myśleć, przypominać sobie wydarzenia z minionego dnia. W końcu otworzyłem zeszyt. Przewracając kartki, dokładnie zapisane, szukałem wolnego miejsca. Gdy w końcu takie znalazłem, zacząłem pisać dalej. Opisywałem naszą przygodę. Po szybkich, zdecydowanych ruchach mojej dłoni, spod długopisu wypływały nowe słowa. Pisząc tak, w końcu jednak niekontrolowanie zasnąłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz