Śniłem bardzo spokojnie. Towarzyszyły
mi przyjemne marzenia senne, żadnych koszmarów. Ciepła kołdra
ogrzewała mnie i nie pozwoliła, bym obudził się, drżąc z zimna.
Nikt chyba nie przypuszczał, że tej nocy cokolwiek się wydarzy.
Ale obudził mnie nagle niezwykle
głośny wrzask. Przeciągał się jeszcze długo po tym, jak
poderwałem się, nie wiedząc o co chodzi. Rozpoznałem, że to
Syrin... tylko ona z nas wszystkich tak potrafiła. Jej wrzaski
powalały praktycznie każdego i raczej nie dało się słuchać ich
spokojnie, nie zakrywając nawet uszu. Tylko... dlaczego krzyczała w
środku nocy?! Nie zastanawiałem się nad tym długo. Po tak
gwałtownym przebudzeniu nie mogłem skupić się w pełni na ani
jednej myśli. Gdy głos ucichł, natychmiast postanowiłem sprawdzić
co się dzieje. Dostrzegłem wtedy, że Piotr jest już przy drzwiach
a łóżko Bobby'ego jest puste, nawet nie tknięte. Zanim jeszcze
wstałem, chwyciłem swoją srebrną zapalniczkę i schowałem ją do
kieszeni spodni. Włożyłem szybko buty i ruszyłem do drzwi, za
którymi zniknął już mój przyjaciel.
Zaledwie gdy tylko przekroczyłem próg
pokoju, tuż przede mną przebiegła grupka młodszych dzieciaków.
Uciekali przed kimś lub czymś, jednak to coś było dla mnie ciągle
tajemnicą.
Szybko okazało się to głupotą, ale
ruszyłem w przeciwnym do nich kierunku chcąc sprawdzić, co tak
bardzo ich przeraziło.
Bardzo szybko się cofnąłem, gdy tuż
obok mnie przeleciały naboje i wbiły się w najbliższą ścianę.
Poczułem nagły przypływ adrenaliny, zrobiło mi się bardzo
gorąco. Jeden krok dalej i to byłoby w mojej głowie. Przez chwilę
strach sparaliżował całe moje ciało tak, że nie byłem w stanie
w ogóle się ruszyć. Kiedy jednak usłyszałem ciężkie kroki
sporej grupy zbliżających się ludzi za rogiem, pobiegłem
natychmiast przed siebie. Już doskonale rozumiałem, dlaczego
dzieciaki z takim przerażeniem uciekały. Ktoś postanowił nas
zaatakować i z zimną krwią pozabijać?!
Usłyszałem w końcu swoje imię i
zatrzymałem się natychmiast. Zauważyłem Bobby'ego w jednym z
mniejszych korytarzy. Spoglądając za siebie z niepokojem podszedłem
do niego.
-Gdzie jest Rogue? -spytał nerwowo.
-Nie wiem -odpowiedziałem, unosząc
dłonie. Skąd miałem wiedzieć, skoro dopiero co się obudziłem.
On nawet już na mnie nie spojrzał, tylko ruszył w przeciwnym
kierunku. Ręce mi opadły, widząc jego głupi upór. Pakował się
prosto na uzbrojonych tajemniczych żołnierzy.
-Hej! -krzyknąłem i pobiegłem za
nim. Mijając szeroko rozwarte drzwi licznych pokoju starałem się
nie stracić go z oczu. Wołałem za nim, ale bezskutecznie. Nie
słuchał mnie. Ciągle odwracałem się w poszukiwaniu przeciwników,
którzy być może już nas ścigali. Na szczęście nikogo tam nie
było.
Pościg za Robertem nie trwał długo,
i dobrze. Wpadliśmy szybko na jego ukochaną dziewczynę.
-Bobby! -zawołała, podbiegając do
niego. Nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi, więc też się nie
odezwałem. Ruszyliśmy dalej razem, szukając jakiejś drogi
ucieczki. Żadne z nas nie wiedziało, gdzie powinniśmy biec.
Wszędzie panował chaos. Zatrzymaliśmy się nagle, gdy oślepiło
nas jasne białe światło bijące od okna. Usłyszałem niepokojące
dźwięki z tamtej strony i już wiedziałem, że to helikopter, może
nawet kilka. Zaniepokojony i naprawdę wystraszony odskoczyłem w tył
i zasłoniłem twarz dłonią, starając się ochronić przed
oślepiającym światłem. Nie wiedziałem, co się wokół mnie
dzieje. Głośne wrzaski obudziły mnie w środku nocy i jedyne co
zobaczyłem to kompletny chaos, uzbrojeni faceci, zero nauczycieli.
Jean i Storm poleciały gdzieś odrzutowcem, nie wiedziałem gdzie.
Podsłuchałem zupełnie przypadkowo, że musiały znaleźć kogoś
ważnego. Profesor Xavier ze Scottem też pojechali kogoś odwiedzić,
ale przecież o tej porze wszyscy byli już w Instytucie...
To wyglądało jak jeden z najgorszych
koszmarów. Czy w ogóle mieliśmy szansę przeżyć?
Przez chwilę zastanowiałem się,
która właściwie jest godzina. Poszukiwania jakiegokolwiek zegarka
w tych warunkach okazały się jednak zupełnie bezskuteczne.
Zawróciliśmy szybko. O mało co nie
wpadłem na ścianę, próbując skręcić do bocznego korytarza.
Przez to ostre światło ciężko było mi w ogóle zorientować się
jakoś w terenie.
Usłyszałem głośny huk strzałów
tuż za sobą. Celowali do nas z helikoptera i zabójcze pociski
uderzyły w ścianę tuż za moimi plecami. Po raz kolejny. Serce
gwałtownie przyśpieszyło, miałem wrażenie, że zaraz wyrwie się
na zewnątrz. Oddech również stał się bardzo niezrównoważony.
Ciężko było mi złapać powietrze, gdy biegnąc, bałem się o
kolejne strzały. Nie mogliśmy pozwolić sobie w tym momencie na
minimalne zwolnienie tempa. Jeszcze nie teraz.
Zobaczyłem, że Bobby mocno ściska
Annę za rękę. Pomyślałem w pierwszej chwili, dlaczego to ja nie
mogę być na jego miejscu? Obdarowałem ich niemiłym i zazdrosnym
spojrzeniem, czego stety lub niestety nie zauważyli, bo biegłem
parę metrów za nimi. Oczywiście przez to zagrożenie w większej
części padało na mnie. Wrogów z przodu zakochana para dostrzeże,
ale tutaj jestem skazany w pełni na siebie, bo tamci nawet się nie
oglądali. Ja całkiem przeciwnie. Trudno było mi biec, nie
sprawdzając co chwilę korytarza za sobą. Naprawdę się wtedy
bałem i nie opuszczałem nadziei, że być może to wszystko jest
jedynie koszmarnym snem. Nic na to jednak nie wskazywało. Zwłaszcza
ból w udzie, który coraz bardziej dawał mi się we znaki.
Wcześniej, uciekając przed helikopterem, dość mocno uderzyłem o
róg komody. Dotknąłem tego miejsca, jakby miało to uśmieżyć
mój ból. Tuż po tym wybiegliśmy zza rogu. Już chciałem
zatrzymać się gwałtownie i skręcić, ale zobaczyłem, że
mężczyzna, na którego wpadliśmy to profesor Logan. Uciszył nas
gestem dłoni i dalej czaił się przy ścianie. Sam oparłem się o
nią, próbując uspokoić oddech i zwolnić rytm serca. Nie dawałem
sobie z tym rady. Wciąż bałem się, że znów ktoś do mnie
strzeli, tym razem celnie. Nagle zobaczyłem, że tak samo ubrani na
czarno mężczyźni wybiegają z innego korytarza. Widząc te wielkie
groźne karabiny miałem ochotę uciekać natychmiast, ale nie
wiedziałem gdzie, czułem się otoczony z każdej strony. Napastnicy
jednak bardzo szybko pożałowali tego kroku, bo Logan bez wahania
rozprawił się z nimi za pomocą swoich szponów. Odetchnąłem z
ulgą, gdy zapadła cisza. Rozszarpane adamantem ciała leżały bez
życia pod naszymi nogami. Spojrzałem na broń. Przez chwilę nawet
sam zapragnąłem wziąć ją ze sobą i odwdzięczyć się
przeciwnikom. Szkoda tylko, że nie miałem najmniejszego pojęcia
jak obsługiwać się tą bronią. Ruszyliśmy dalej. Tym razem
wolniej i spokojniej, mniej chaotycznie, bo był z nami Wolverine.
Kierowaliśmy się w stronę pewnego
tajnego przejścia, które dobrze pamiętałem z treningów i
specjalnych zajęć. Dobrze, że nie byłem sam, bo sekunda i
skręciłbym w zły korytarz. Przez to całe zamieszanie nie
pomyślałem nawet o tym, w którą stronę się kierować. Bardzo
chciałem się uwolnić, wciąż czułem się jednak jak na
celowniku. To było nie do zniesienia. Na szczęście zarówno ja i
pozostała dwójka przyjaciół bezpieczniej czuliśmy się w
towarzystwie jednego z nauczycieli. Wiedzieliśmy dobrze, że Logan
jest silny, wytrzymały i odważny, po prostu nie do zdarcia. Może
to jego samoregeneracja i zabójcze szpony dawały nam to poczucie
bezpieczeństwa, bardzo duże.
Otworzyliśmy przejście ukryte w
ścianie. Gdy schyliłem się i mijałem jego próg, poczułem chłód
na całym ciele. Ten korytarz nie należał wcale do najcieplejszych
miejsc. Usłyszałem głos Rogue wołający Logana, który, gdy ta
weszła, zatrzasnął przejście tuż za nią.
-Co się stało? -spytałem odrobinę
zdziwiony.
-Logan tam został! -krzyknęła
spanikowana. -musimy mu pomóc!
-Poradzi sobie doskonale...
-stwierdziłem zdenerwowany. Nawet Loganem przejmowała się bardziej
niż mną. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to, co
powiedziałem było wredne i trochę egoistyczne, ale jedyne o czym
myślałem, to żeby wydostać się jak najszybciej. Chciałem poczuć
spokój, bezpieczeństwo i odetchnąć w końcu bez strachu o utratę
swojego życia.
-Bobby! Proszę... -powiedziała
błagalnym tonem, wpatrując się w niego intensywnie. Iceman
oczywiście przytaknął, a co miał zrobić innego, gdy wpatrywały
się w niego te błyszczące wielkie oczy. Westchnąłem niechętnie
i skrzyżowałem ręce na torsie. Kiedy oni wyjrzeli przez ciasne
przejście na korytarz, ja stałem spokojnie, opierając się plecami
o chłodną ścianę. Przyglądałem się swojej zapalniczce,
obracając ją w dłoni na wszystkie strony. Nie wiedziałem, co
tamta dwójka chce zrobić, słyszałem jedynie krótką rozmowę,
zanim Logan postanowił do nas dołączyć. Rogue cieszyła się z
jego obecności, co z resztą okazywała, zagadując do niego od razu
z uśmiechem. Wolverine spojrzał na mnie a ja tylko od niechcenia
uniosłem wzrok.
-Widać, kto tu się najbardziej o mnie
martwił. -stwierdził i parsknął, mijając mnie wolno. Nie
specjalnie mnie to ruszyło. Przyglądałem się mu przez chwilę,
chowając swoją niewielką broń do kieszeni. Wiedziałem, że Logan
świetnie poradziłby sobie z atakującymi go żołnierzami, ale
skoro Bobby i Rogue tak bardzo chcieli go przy sobie, to czemu nie
poczekać chociaż, aż oni to załatwią? Pomyślałem, że to
zawsze jakaś ochrona.
Ruszyliśmy w dalszą drogę. Korytarz,
którym szliśmy różnił się od poprzedniego praktycznie
wszystkim. Trudno było sobie wyobrazić, że tuż obok ładnie
zachowanych, ozdobionych drewnem i eleganckimi obrazami oraz meblami
korytarzy mieszczą się ponure, zimne i szare, mające służyć
jedynie jako droga ewakuacji w razie nagłego zagrożenia. Odkąd
pierwszy raz zobaczyłem te korytarze, kojarzyły mi się z upiornym
i ogromnym opuszczonym szpitalem. Czasem miewałem nawet koszmary z
tym związane. Biegłem w nich przez środek, otulony absolutnym
mrokiem. Nie widziałem kompletnie nic. Jedynie podłoga tuż pod
moimi stopami była jeszcze w miarę widoczna. Nie potrafiłem się
zatrzymać. Czułem, że coś za chwilę złapie mnie z tyłu za
ramiona i zabije. Kończyło się to zwykle tak, że budziłem się
nie tylko ja, ale i współlokatorzy, którzy byli skazani na moje
wrzaski spowodowane nienaturalnie licznymi koszmarami sennymi.
Na szczęście tutaj nie byłem sam. Po
prostu zwyczajnie bałbym się przemierzać tę ścieżkę samotnie.
Między innymi właśnie dlatego zostałem, czekając na Logana, a
przecież mogłem iść dalej bez nich. Chociaż gdybym nawet
spróbował, strach sparaliżowałby mnie od razu i uniemożliwił
dalszą ucieczkę.
Szczęśliwie miałem u boku
przyjaciół. Dotarliśmy po paru zakrętach do końca korytarza.
Jako trzeci wspiąłem się na drabinkę, która prowadziła do
garażu. Gdy wyszedłem z niewielkiego przejścia, ukazało się
przede mną wielkie pomieszczenie, dokładnie oświetlona sala
wypełniona samochodami i innymi pojazdami. Kątem oka dostrzegłem,
że Bobby i Rogue zmierzają w stronę auta Scotta, więc zrobiłem
to samo, Logan za mną. Chciałem prowadzić, ale od razu powstrzymał
mnie Wolverine.
-Może innym razem... -mruknął,
zajmując sobie miejsce z przodu. Trudno było mi wyczytać cokolwiek
z jego wyrazu twarzy. Jakby nie było w nim żadnych uczuć. Musiał
naprawdę sprytnie je przy nas maskować, bo mieć... przecież miał
je na pewno. Jak każdy. W dodatku wcale nie same przyjemne, biorąc
pod uwagę to, co słyszałem o jego życiu od Rogue. Wciąż
ukrywałem, że w ogóle wiem cokolwiek o najbardziej tajemniczym
nauczycielu w Instytucie. Wolałem nie narażać ani siebie ani Anny,
przecież nikt nie lubi, gdy opowiada się o jego życiu komukolwiek.
Zacisnąłem pięści i stałem tak
przez chwilę. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że nie ma czasu
na sprzeczki i zająłem miejsce z tyłu. Nie zapiąłem pasów,
rozsiadłem się tylko wygodnie i patrzyłem na pozostałych... ale
byłem jakiś nieobecny. Nie reagowałem na nic. Nie słuchałem ich
rozmów, nie interesowały mnie w ogóle.
Wyruszyliśmy w drogę i światło lamp
pozostało daleko za nami. Ustąpiło ono nocnemu krajobrazowi
rozgieżdżonego nieba, mnóstwom mrocznych kształtów skrytych w
cieniu. Instytut znajdował się daleko od miasta, więc musieliśmy
przedrzeć się przez słabo oświetloną drogę by dojechać... do
jakichkolwiek budynków. Przez dłuższy czas wgapiałem się w okno.
Uwielbiałem to robić, podróżować w nocy i oglądać świat
pokryty cienistą płachtą. W końcu jednak, zwracając wyraźną
uwagę na to, że nikt inny tego nie powiedział, spytałem:
-Co to właściwie było do cholery?
-Stryker. William Stryker.
-odpowiedział Logan bez chwili wahania. Kojarzyłem skądś to
nazwisko... czułem, że spotkałem się z nim już wcześniej, ale w
pierwszej chwili nie mogłem sobie przypomnieć.
-Kim on jest? -spytałem ponownie,
uparcie próbując wygrzebać jakieś wspomnienia ze swojej pamięci.
Nagle mnie olśniło. Przypomniałem sobie, gdy wołałem z całych
sił: "Stryker! Stryker, wypuść mnie stąd!!", kiedy
wspomniany mężczyzna więził mnie i chciał wykorzystać do
jakichś swoich dziwnych celów. Wpakował mnie do symulacji, która
była jak zdecydowanie groźniejsza i stokroć straszniejsza wersja
naszego symulatora treningowego. Czy to na pewno on dzisiejszej nocy
zaatakował naszą szkołę? Byłem tego prawie pewny, choć wolałem
zatrzymać wszystkie te myśli i wspomnienia dla siebie. Dopiero
niedawno zdołałem zapomnieć o całym tym zdarzeniu dzięki pomocy
profesora Xaviera i dr. Grey... a teraz ten człowiek znów ciśnie
mi się do wspomnień jak tylko może. Wraz z wymówieniem nazwiska
wróciło wszystko.
-Nie pamiętam... -odparł Wolverine.
Ponownie zapadła beznadziejna cisza. Zastanawiałem się przez
moment, czy nie wspomnieć o tym, co działo się ze mną u Strykera,
ale postanowiłem w końcu milczeć. Dlaczego? Nie wiem. Może nie
chciałem tej sztucznej łaski spowodowanej litością po usłyszeniu
o mojej tragicznej przeszłości. Z resztą... Wolverine zna jej
większość. Sam razem z Jean, Storm i Scottem uwarotali mnie i
sprowadzili do Instytutu.
Przysnąłem w samochodzie, nie wiem na
ile, ale gdy już się obudziłem, akurat dotarliśmy na miejsce i
nastał ranek.
Uniosłem ciężkie, klejące się
powieki z trudem, bo mało spałem w nocy, potrzebowałem więcej
snu. W tej chwili marzyłem jedynie o miękkiej poduszce i ciepłej
kołdrze. Dopiero po chwili usłyszałem głos Bobby'ego
szturchającego mnie w ramię i powtarzającego moje imię.
Powiedział, że jesteśmy już na miejscu. Uniosłem głowę,
zmęczonym wzrokiem wodząc po wnętrzu samochodu. Niechętnie w
końcu wyszedłem na zewnątrz. Poczułem zimny powiew wiatru
obejmujący mnie zaraz po postawieniu pierwszego kroku. Słońce w
większości wychylało się już nad horyzontem. Zdołałem zobaczyć
je pomiędzy niewielkimi domami osiedla, na którym mieszkała
rodzina Icemana. Chciałem już koniecznie wejść do środka, żeby
się ogrzać. Ten poranek nie należał do najcieplejszych i
najprzyjemniejszych.
Natychmiast wyjąłem z kieszeni spodni
zapalniczkę i zacząłem się nią bawić, zamiennie otwierając ją
i zamykając. Wyglądało to tak, jakbym odczuwał czasem silną
potrzebę robienia czegoś z rękami. Może faktycznie tak było.
Nienawidziłem jakiejkolwiek bezczynności, nie potrafiłem czasem
nawet ustać w miejscu, byłem bardzo energiczny, porywczy. Myślałem
często, czy nie mam przypadkiem jakiegoś ADHD.
Gdy podeszliśmy do drzwi, Bobby
znalazł klucz i wpuścił nas do środka. W domu było zdecydowanie
cieplej, chociaż jak dla mnie mogło być lepiej. Rozejrzałem się
po przedpokoju. Wnętrze urządzone było w jasnych kolorach. Gdzieś
z boku stała niewielka szafka z kwiatem, parę zdjęć rodzinnych,
nic szczególnego. Wokoło unosił się też bardzo przyjemny zapach
lawendy.
-Nie podpal czegoś -Bobby zwrócił
się do mnie z uśmiechem a zaraz po tym Logan i Rogue również na
mnie patrzyli. Zmarszczyłem brwi i przewracając oczyma, ruszyłem
dalej za innymi.
Bobby zniknął na schodach, prowadząc
za sobą Rogue. Logan poszedł w przeciwnym kierunku, nie pytając
nawet nikogo o zdanie. Ja zostałem przez chwilę na miejscu, nie
wiedząc, co właściwie powinienem ze sobą zrobić. Ściskając
zapalniczkę w dłoni, zupełnie jakby była moim najcenniejszym
skarbem, podszedłem w końcu do ściany, na której wisiała spora
ilość zdjęć rodzinnych. Nie zwróciłbym na nie szczególnej
uwagi, gdyby coś specjalnego się we mnie nie rozbudziło... to
chyba tęsknota. Paląca i rozrywająca mnie powoli tęsknota za
czymś, czego nigdy właściwie nie miałem. Mam na myśli kogoś,
dla kogo liczy się tylko twoje dobro. Kto naprawdę kocha cię
bezinteresownie i sprawia, że czujesz się ważny, potrzebny,
naprawdę chciany i kochany... Nigdy ich nie znałem a widziałem na
oczy jedynie jako niemowlę. Nie miałem rodziców. W ciągu tych
szesnastu lat zdołałem już przywyknąć do ich braku,
przyzwyczaiłem się do tego, że nie mam kogo nazywać matką lub
ojcem. Ale to nie znaczy, że nie czułem bólu, że nie chciało mi
się płakać, wrzeszczeć. Wręcz przeciwnie... zwłaszcza w takich
momentach jak ten, gdy będąc całkiem sam widziałem szczęśliwą
rodzinę. W tym przypadku mojego najlepszego przyjaciela z bratem i
obojgiem rodziców. Byli tacy szczęśliwy, uśmiechali się
radośnie, obejmując siebie nawzajem. Długo wpatrywałem się w to
zdjęcie. Trudno było mi określić, ile czasu. Może były to
zaledwie sekundy, może o wiele dłużej. Dopadł mnie głęboki
smutek gdy tylko pomyślałem o tym, że nie licząc przyjaciół,
jestem na świecie całkiem sam, a nawet co do nich miewałem
pewne... wątpliwości. Nie znali mnie praktycznie wcale, nie
wspominając już w ogóle o zrozumieniu. Nikt prócz czwórki
nauczycieli nie wiedział nawet, jak właściwie trafiłem do
Instytutu Mutantów, co wtedy się ze mną działo, co było
wcześniej. Nikt nie wie.
Poczułem, że ciężko mi się
oddycha. Łza spłynęła po moim policzku, opadając w końcu na
ziemię. Słyszałem z pomieszczenia obok jakieś głosy, ale
wszystko mi się ze sobą zlewało. Nie potrafiłem odróżnić ani
jednego słowa. Zacisnąłem powieki, starałem się nie płakać,
ale nie panując nad sobą, załkałem cicho. Natychmiast zasłoniłem
usta dłonią i odwróciłem się w bok. Zobaczyłem wtedy w drzwiach
rodziców Icemana razem z nim. Zawahałem się, ale w końcu ruszyłem
powoli ku nim, udając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku,
chociaż ślady łez na moich policzkach sugerowały całkiem coś
innego.
Zdolnire mein Junge, ładnire pisze. Das ist gut, że Herr Volfferine sie vas opiekiren, aber przyjdz kiefy do starego Barona von Blitzschlaga
OdpowiedzUsuń