They're coming to take me away

They're coming to take me away

poniedziałek, 6 października 2014

Rozdział 2 Przeszłość cz.2

Poczułem zimno w całym swoim ciele. Zadrżałem delikatnie. Z wielkim trudem w końcu odkleiłem od siebie powieki i zamrugałem parę razy. Pierwsze co zobaczyłem, to rażące światło lamp i białe oraz szare plamy. Poczułem pulsujący i bardzo dokuczliwy ból w skroniach. Syknąłem cicho, unosząc głowę. Dopiero po chwili zorientowałem się, że jestem przykuty do czegoś twardego. Nie miałem pojęcia co tak właściwie działo się wokół mnie.
Gdy obraz stał się ostrzejszy, zobaczyłem, że znajduję się w jakimś dziwnym laboratorium. Przypominało to scenerię z jakiegoś filmu. Zacząłem wtedy rozmyślać, w co ja tak właściwie się wpakowałem. Nagle kompletnie znikąd w moim życiu pojawiają się dziwni ludzie o niesamowitych zdolnościach. Dowiaduję się, że jestem jakimś "mutantem" potrafiącym kontrolować ogień. Tuż po tym kończę przykuty do jakiegoś stołu w strasznym laboratorium. Lepiej być nie mogło, prawda? Po prostu doskonały sposób na spędzenie ostatniego miesiąca wakacji.
Nagle usłyszałem głosy. Żadnego z nich jednak nie rozpoznałem. Po chwili kobieta w białym kitlu podeszła do mnie z jakąś strzykawką i pobrała krew. Zadrżałem niespokojnie, obserwując jej ruchy. Ona jednak nie zaszczyciła mnie ani jednym spojrzeniem, tylko po chwili oddaliła się wraz z próbką mojej krwi. Przewróciłem oczami, przybierając bardzo niezadowolony wyraz twarzy.
Zaledwie moment później stanął przede mną ciemnowłosy mężczyzna ubrany w garnitur. Zerknąłem na niego przelotnie. Nie byłem pewny, jak mam zachować się w tej sytuacji. To była dla mnie kompletna nowość. W końcu bycie porywanym i więzionym przez obcych ludzi nie należało do czynności codziennych. A przynajmniej dla mnie.
-Dzień dobry, John.
Uśmiechnął się i schował dłonie w kieszeniach szarych spodni.
-Kolejna osoba, która zna moje imię, a widzę ją pierwszy raz w życiu. Chyba założę listę takich ludzi... -mruknąłem cicho pod nosem, po czym odwróciłem wzrok.
-Nie tylko Twoje imię, mój chłopcze. Znam również bardzo dobrze Twój ostry, wybuchowy, pyskaty charakterek. -syknął tylko.
-Mhm... -burknąłem niechętnie. Dlaczego niby miałbym z nim rozmawiać?
Usłyszałem nagle głośny śmiech, przez który aż mocno zadrżałem.
-Dziecko, nie martw się. Tutaj nikt Cię nie skrzywdzi.
Uniosłem wzrok. Mężczyzna posłał mi szeroki uśmiech.
-To dlaczego jestem przykuty? -spytałem w końcu, unosząc brew.
-Żebyś nie szalał.
Facet spoważniał i wyjął ze swojej kieszeni moją zapalniczkę. Świetnie. Jeszcze mnie okradł!
-Twoja moc... -kontynuował, wpatrując się w ogień zapalniczki.
-Jest wprost zadziwiająca. Potrafisz kontrolować jeden z żywiołów, chłopcze. Twoje DNA może zaprowadzić nas na dobrą drogę do kontrolowania każdego z nich. Wiesz, ilu katastrofom można by było wtedy zapobiec? -powiedział cicho i powoli, przenosząc wzrok na moją twarz.
-Zapobiec? -parsknąłem śmiechem. -Od kiedy ludzie, którzy chcą pomagać, zapobiegać katastrofom, wypadkom, porywają innych, przykuwają i prowadzą na nich badania całkowicie wbrew ich woli?! -wrzasnąłem niespokojnie, czując narastającą we mnie złość i zaczynając się szarpać. Oczywiście nie przyniosło to żadnego efektu. Nagle na myśl przyszło mi jeszcze coś bardzo ważnego.
-Gdzie są pozostali? Co im zrobiłeś?
-Ja? -prychnął. -Ja nic im nie zrobiłem. Też mogą być przydatni, chłopcze. Skoro już i oni postanowili wpaść do mnie w odwiedziny, bardzo chętnie ich tutaj przyjmę.
Nie odpowiedziałem. Spuściłem tylko smutno głowę.
A więc przeze mnie wpadli w kłopoty. Czułem się za to winny. Nagle poczułem luz przy nadgarstkach. Nie były już ściśnięte. Metalowe kajdany, które jeszcze przed chwilą mnie więziły, otworzyły się. Zdziwiony spojrzałem na swoje dłonie. Nic nie stało mi już na drodze... Może prócz potężnych, metalowych drzwi.
Mężczyzna podszedł do mnie, wyciągając w moją stronę dłoń.
-Wstań... Jesteś wolny, widzisz? Nikogo tutaj nie krzywdzę, mój drogi.
Podniosłem się i poruszyłem o krok w jego stronę. Spojrzałem na niego spokojnie, po czym przeniosłem wzrok na drzwi.
-Wiem, o czym myślisz... nie dasz rady stąd uciec. Nie tylko ze względu na strażników, czy super nowoczesne zabezpieczenia.
Objął mnie ramieniem i poprowadził w stronę małego, owalnego okna. Za nim zobaczyłem tylko jakieś białe, ruchome smugi.
-Jesteśmy w samolocie, kolego. A z tego co wiem, Ty dzieciaku latać nie potrafisz. -przyznał szyderczo.
Puścił mnie i odszedł kawałek dalej.
-Ale o nic się nie bój. Tutaj nic Ci nie grozi. No chyba że zaczniesz rozrabiać.
Zaśmiał się cicho, po czym chwycił szklankę do połowy wypełnioną bursztynowym płynem.
-Poczęstowałbym Cię, ale jesteś niestety za młody. Ile Ty masz lat? Piętnaście? Szesnaście?
-Czternaście. -odparłem spokojnie, odrywając wzrok od okna. Ten poruszył tylko brwiami, upijając łyk napoju.
-Powinieneś być mi wdzięczny, chłopcze. Nawet nie wiesz, jakie oni mają wobec Ciebie zamiary. Mówią Ci, że się Tobą zaopiekują, pomogą. -parsknął.
-Tak naprawdę te mutanty zbierają innych, przeciągają na swoją stronę i zamykają w tej dziwnej szkółce. Robią im pranie mózgu... a to wszystko tylko po to, by nikt nie stanął przeciwko nim. -warknął, niespokojnie ściskając szklankę w dłoni. -Są okropni. A ten cały telepata... Xavier... najgorszy z nich!
Machnął ręką i zaczął przechadzać się po sali. Ciekawiło mnie, kim był, że wiedział o nich tak dużo, bo na pewno nie ich przyjacielem. Wyglądało to zupełnie inaczej.
Czyżbym właśnie miał do czynienia z ich wrogiem? Kto więc w takim razie był tym "złym"?
Nie miałem pewności, ale gdybym miał wybierać, ten facet znalazłby się raczej na jednym z ostatnich miejsc. To, co tamci zrobili dla mnie sprawiło, że byłem pewien podziwu dla nich. Dali się złapać, chroniąc mnie. Tak to bynajmniej wyglądało.
W każdym razie, gdy o tym myślałem, zrobiło mi się w pewnym stopniu lepiej.
Tylko gdzie oni teraz byli? Co się z nimi stało? Czy miałem jakąkolwiek szansę im pomóc? Jeśli tak, chciałbym to zrobić... a jeśli nie, to co dalej? Oni uwolnią samych siebie i ewentualnie mnie, czy nikt z nas się nie wydostanie? Tyle pytań nasuwało mi się wtedy na myśl, jednak póki co, nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na żadne z nich.
Emocje mieszały się i sam nie byłem pewien, co właściwie czuję.
Na pewno jednym z tych uczuć  był strach.
Zostałem uwięziony przez nieznanych mi ludzi i nie miałem pojęcia, czego tak właściwie ode mnie chcą.
Posłusznie szedłem za nim, prowadzony w stronę mniejszych, białych drzwi. Gdy już je przekroczyliśmy, zobaczyłem jeszcze większą od poprzedniej salę.
Byłem w szoku. Od razu rzuciło mi się w oczy mnóstwo dziwnych ekranów, stołów i innych nieznanych mi maszyn. Zaniepokojony w dalszym ciągu kroczyłem za tamtym mężczyzną... bo niby co innego miałem zrobić?
Kręcili się tam ludzie ubrani podobnie do tamtej kobiety. Nie mieli nawet czasu na zamienienie słowa z kimś innym. Zbyt zajęci byli swoją własną pracą przy komputerach i innych urządzeniach.
-Witam, panie Stryker. -przywitała się z nim sztywno jedna z kobiet pracujących przy komputerze.
Nerwowo skubiąc krawędź kurtki przyglądałem się tylko i przysłuchiwałem rozmowie. Gdybym nie wyszedł, nie poszedł do tej kawiarni, nie spotkałbym Jean ani nie skończył tutaj. Z drugiej strony jednak Grey mówiła, że ktoś na mnie poluje. Być może nawet gdybym został wtedy w pokoju, to wszystko i tak by mi się przytrafiło... tylko inaczej?
Długo zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Zamyśliłem się tak głęboko, że przestałem zwracać uwagę na rozmowę odbywającą się tuż obok mnie.
Lepiej byłoby pozostać w bezpiecznym pokoju, czy tutaj... przeżywając przygodę? A jeśli miałem tego nie przeżyć?
Coś niesamowitego.
Ciężko było mi wtedy wybrać, mimo że i tak nie miałem żadnego wyboru. Byłem jednocześnie niezwykle podekscytowany i przerażony.
Jak na razie nie mogłem nic z tym zrobić. Jedynie cierpliwie czekać i przyglądać się.
Mężczyzna chwycił jakąś strzykawkę, obrócił ją parę razy w palcach i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się, po czym spokojnie odłożył wcześniej trzymany przedmiot na stół.
-Przetrzymam Cię trochę dłużej, pozwolisz?
-Słucham? Co to znaczy? -spytałem nerwowo, wpatrując się w niego.
-Zobaczysz.
Uniósł dłoń, a uśmiech najwyraźniej nie miał zamiaru opuścić jego twarzy.
-Nawet nie masz pojęcia, jak długo czekałem na taką okazję.
Zwrócił głowę w bok.
-Jesteśmy już na miejscu. Skuć go! -krzyknął pewnie. Zauważyłem, że zwrócił się do pary mężczyzn z bronią stojących pod ścianą. Nieważne jak bardzo bym chciał, nie miałem z nimi żadnych szans. Nie było więc sensu się opierać.
Mocno wygięto moje ręce do tyłu i skuto żelaznymi bransoletami.
Prowadzono mnie przez długi korytarze i różne mniejsze pomieszczenia.
Jakiś czas później wyprowadzono mnie z samolotu.
Pierwsze co zobaczyłem to ogromne lotnisko z mnóstwem różnych samolotów... po zwyczajne, jakie można spotkać na każdym lotnisku na świecie, po myśliwce i odrzutowce. Dalej, ku niebu wznosił się potężny, wielki budynek.
Prowadzono mnie dalej, co jakiś czas ciągnąc mocniej za ramię czy popychając. Nie reagowałem na to, chociaż wiele słów pchało mi się wtedy na język. Postanowiłem jednak powstrzymać się od złośliwych tekstów... i tak by wtedy nie pomogły, a może nawet poważnie zaszkodziły.
Wnętrze budynku niewiele różniło się od wystroju sal, które miałem okazję zobaczyć w samolocie. Wszędzie laboratoria i inne dziwne sale. W niektórych znajdowały się nieznane mi urządzenia, a niektóre... były kompletnie puste. Wzruszyłem ramionami delikatnie, idąc dalej i czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Wiele mogło się wtedy wydarzyć, a przez większość drogi rozmyślałem nad tym i snułem w głowie przeróżne scenariusze. Żadna z wymyślonych przeze mnie sytuacji nie miała zbyt wielkiej szansy na zrealizowanie w rzeczywistości. Dlaczego? Moja wyobraźnia była naprawdę bujna. Od dawna wymyślałem różne przygody dla bohaterów moich opowiadań... nawet w tamtej chwili nie opuszczała mnie chęć do tworzenia historii.
Kto wie? Może kiedyś nawet to komuś opowiem? Opiszę? -pomyślałem, uśmiechając się.
Powróciłem myślami do rzeczywistości, gdy poczułem mocne pchnięcie w plecy. Tuż po tym, zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, znalazłem się w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu. A ja sądziłem, że gorzej już być nie może.
Gwałtownie odwracając się do żołnierzy, dalej milczałem, wbijając w nich tylko smutny wzrok. Nieważne, jak bardzo starałem się być silny, byłem tylko dzieckiem... a to, co mi się przytrafiło po prostu zwyczajnie mnie przerastało. Z ogromnym trudem powstrzymałem napływające mi do oczu łzy, zaciskając mocno powieki. Opadłem na kolana. Zacisnąłem dłonie w pięści i wrzasnąłem głośno. Musiałem uwolnić wszystkie emocje, które się wtedy we mnie skumulowały.
Tuż po tym spuściłem głowę i kompletnie zamilkłem. W jednej chwili cała złość zniknęła w otchłani smutku, który przejął cały mój umysł.
Pogrążony we wspomnieniach jak i myślach na temat niedalekiej przyszłości całkowicie straciłem rachubę czasu. Cela w której zostałem uwięziony była zimna, przepełniała ją wilgoć i nieprzyjemny zapach zgnilizny. Zupełnie jakby ktoś lub coś, co było tu przede mną zginęło i zostało w tym miejscu jeszcze na długo po tym... na samą myśl aż dreszcz przeszedł całe moje ciało. Co miałem jednak innego do roboty, niż domysły i różne teorie na temat celu jak i miejsca mojego pobytu?
Po jakimś czasie... dłuższym czy może całkiem niedługo po moim wylądowaniu tutaj, zobaczyłem przed kratami nieznanego mi mężczyznę w kitlu. Westchnąłem niespokojnie, obdarowując go tylko jednym niechętnym spojrzeniem. On najwyraźniej też nie miał zamiaru prowadzić ze mną dłuższej rozmowy, bo tuż po chwili otworzył drzwi celi i skuł mnie bez słowa.
Zaraz po tym trafiłem do pomieszczenia o jasnych ścianach. Podobnie jak poprzednio -pokój wypełniały liczne ekrany, maszyny i jeden stół operacyjny. Niepewnie obadałem pokój jendym spojrzeniem, po czym zwróciłem się w stronę dwóch kobiet i paru mężczyzn.
-Gdzie jestem? -spytałem niepewnie i bardzo cicho, jakby błagalnym tonem który mówił w rzeczywistości "uwolnijcie mnie".
Nie uzyskałem odpowiedzi. Jakimś cudem wcale mnie to nie zdziwiło. Rozkuto mi ręce i zmuszono do położenia się na stole.  Gdy posłusznie i bez opierania się wylądowałem na nim, ponownie zostałem unieruchomiony.
Grupka ludzi przez chwilę krzątała się wokół mnie i najwyraźniej coś przygotowywała. Nikt nie reagował na moje słowa czy gesty. Nikt nie widział smutku i strachu w moim spojrzeniu. Byłem w ich oczach kompletnie niewidzialny... traktowany wyraźnie co najwyżej jako przedmiot do badań. Wcale mi się to nie podobało. Byłem nastolatkiem, dzieckiem, które nie przywykło do takiego traktowania. Potrzebowałem ciepła, otuchy, wrażliwości oraz delikatności tak samo jak uwagi ze strony innych. Co prawda miałem złośliwy charakterek, ale w tej chwili na nic mi się to nie przydawało. Co miałem zrobić? Wykłócać się i dyskutować z ludźmi, którzy kompletnie na mnie nie reagowali? To przecież bez sensu.
Nagle zatrzymały się nade mną dwie osoby, kobieta o jasnych, lśniących włosach, na której twarzy przyuważyłem delikatność i łagodność... a może tylko mi się wydawało? Mężczyzna z kolei przygotowywał jakieś strzykawki, utrzymując kamienny wyraz twarzy nieukazujący absolutnie żadnych uczuć. Nagle usłyszałem łagodny, melodyjny głos blondwłosej kobiety również trzymającej strzykawkę w dłoni.
-Zaczynamy... -zwróciła się do mężczyzny, posyłając mi tylko krótkie spojrzenie. Poczułem ukłucia w obydwu rękach. Syknąłem cicho, usiłując podnieść głowę i cokolwiek zobaczyć. Na marne. Podobne ukłucia poczułem jeszcze w paru innych miejscach na ciele. Ciekawiło i jednocześnie niepokoiło mnie to, co właściwie robią.
Wystarczyła minuta, jeśli nie mniej, a zorientowałem się, że nie mogę poruszyć żadną częścią mojego ciała. Czyżby to przez te strzykawki? Substancje, które mi podali?
Zebrały się przy mnie cztery osoby. Nagle poczułem okropny ból w udzie, ramieniu, klatce piersiowej i brzuchu.  Miałem ochotę się szarpać, ale nieważne jak bardzo chciałem, moje ciało nie reagowało... nie mogłem nawet drgnąć. Rozcinali mi skórę, ale to nie wszystko. Czułem ból w coraz głębszych zakamarkach pociętych okolic mojego ciała. Co oni wyprawiali?! To nie do opisania! Każdy ich najmniejszy ruch odczuwałem niewiarygodnie boleśnie.
Trwało to bardzo długo... a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Nie mogłem się poruszyć, jednak czułem ból... okropny i przeszywający całe moje ciało. Jakiś czas później najwyraźniej skończyli, bo już nie czułem żadnych narzędzi przy swoim ciele. Przenosząc jakieś małe pojemniki roszeszli się po laboratorium.
W końcu mogłem poruszać kończynami... trwało to dość długo jeszcze po tym, jak zostawili mnie już w spokoju, ale obawiałem się, że to nie ustąpi. Wciąż byłem jednak przykuty.
-Jak się czujesz? -usłyszałem nagle damski głos... łagodny, delikatny i spokojny. Odwróciłem głowę w bok, a tuż po tym zauważyłem blondwłosą kobietę. Uśmiechnąłem się mimo woli.
-Nie wiem co odpowiedzieć... przed chwilą mnie pokroili. -przyznałem trochę ironicznie.
-To było konieczne.
Sięgnęła dłonią jednego z przycisku przy komputerze, a tuż po tym żelazne bransolety, które mnie więziły zostały otwarte. Podniosłem się do pozycji siedzącej i rozmasowałem kark. Kobieta podała mi po chwili jakieś czarne ubranie.
-Proszę... przebierz się.
-Co to? -spytałem zaciekawiony, odbierając od niej ciemny kostium. Materiał był trochę śliski i bardzo elastyczny.
-Musisz to założyć... standardowa procedura wobec nowych członków projektu.
-Nowych członków projektu?
Uniosłem brwi w geście zdziwienia.
-Co za projekt? -spytałem niepewnie.
-W swoim czasie dowiesz się wszystkiego, John. Idź się przebrać... Twoje ubranie musieliśmy trochę pociąć podczas badania, ale teraz to nieistotne.
Kobieta odprowadziła mnie do drzwi, za którymi mieściła się niewielka łazienka. Podszedłem do prostokątnego lustra i spojrzałem na swoje odbicie. Wyglądałem okropnie... jak chodząca śmierć.
Odwróciłem się, nie chcąc dłużej oglądać swojego odbicia. Posłusznie przebrałem się w czarny, obcisły kostium. Następnie moje stare ubranie odebrał jeden z naukowców w laboratorium.
Zostałem odprowadzony przez strażników do całkiem innego pomieszczenia. Wciąż czułem ból w pewnych okolicach ciała... już jednak nie aż tak intensywny.
Owalny pokój o ciemnych ścianach sprawiał wrażenie zrobionego z luster. Zarówno w ścianach, podłodze jak i suficie mogłem dostrzec swoje odbicie, jednak niezbyt wyraźne.
Rozglądając się z pewnym zachwytem nie zauważyłem w wejściu mężczyzny wcześniej nazwanego Strykerem.
-Wiem, imponujące. -przyznał z dumnym uśmiechem, podchodząc do mnie. -Przyzwyczaj się, bo dość często odwiedzać będziesz to miejsce.
-Słucham? -zwróciłem się do niego, marszcząc brwi. -To znaczy, że ile czasu tu będę? Nikt nie chce mi nic powiedzieć...
-I słusznie. Nie mają takiego obowiązku, a Ty nic nie musisz wiedzieć.
-Co to za pomieszczenie? -zmieniłem temat, wiedząc, że nie warto drążyć znów tego samego odnośnie mojego pobytu tutaj.
-Ahh... bardzo się cieszę, że o to pytasz. Otóż właśnie z tej części budynku jestem najbardziej dumny. To niewielkie pomieszczenie w którym się znajdujemy jest symulatorem...
-Symulatorem? -powtórzyłem ostatnie słowo wyraźnie zdziwiony.
-Tak... już niebawem dowiesz się o co chodzi
Wzruszyłem niepewnie ramionami, nie wiedząc co odpowiedzieć.
-Już czas na Twój pierwszy pokaz. Za chwilę uruchomimy to cudeńko, a Twoim zadaniem będzie wyjść z tego cało... i jeszcze jedno. Z symulacji nie ma ucieczki póki to my jej nie wyłączymy. -odparł z uśmiechem, nie dając mi czasu na odpowiedź. Wyszedł szybko, a drzwi, które zamknęły się tuż za nim momentalnie zlały się z całą resztą.
Nerwowo rozejrzałem się dookoła, po czym nieruchomo zatrzymałem na środku owalnej sali. Nagle lśniące, metalowe ściany zniknęły, a ja znalazłem się wśród wysokich, poniszczonych budynków. Wokoło walały się gruzy, olbrzymie kawałki ścian. Zniszczone samochody oraz inne rzeczy. Wszystko to wyglądało bardzo realistycznie. Dotknąłem jednego ze spalonych samochodów, po czym zrozumiałem, że nie jest to wcale całkiem sztuczny obraz.
Dostrzegłem także w paru miejscach niewielkie płomienie tańczące nad różnymi ruinami. Poruszyłem dłonią. Udało się. Mogłem nimi manipulować. Ale co mnie tak właściwie czekało? Czy w tym wypadku manipulacja ogniem mogłaby mi pomóc? Tak czy inaczej musiałem zrozumieć, że płomienie nie zawsze posłużą mi do obrony. To żywioł, który niszczy... więc tylko to potrafiłem? Niszczyć i zabijać? Przypomniał mi się wtedy obraz kilku żołnierzy, którzy padli bez przytomności wtedy w kawiarni... z mojej winy. Czy byłem mordercą?
Zadałem sobie na raz tyle pytań, że nawet nie zauważyłem ani nie usłyszałem kogoś lub czegoś zbliżającego się do mnie. Dopiero gdy po chwili uniosłem głowę i wciąż głęboko zamyślony, dostrzegłem kawałek dalej wśród gęstego dymu ogromną, potężną postać.
Szkarłatne, jasne oczy przebijały swym blaskiem ciemność i zbliżały się z każdą sekundą. Zanim zobaczyłem coś więcej, poczułem nagle silny wstrząs i usłyszałem huk tuż za mną. Odwróciłem się gwałtownie i zobaczyłem, jak tuż obok mnie ląduje duży, zniszczony samochód. Miałem walczyć? Z tym czymś?
Nigdy w życiu nie walczyłem! Nie uczestniczyłem w czymś więcej, niż tylko dość częste bójki wśród innych nastolatków. Ruszyłem się o kilka kroków, a tuż po tym pobiegłem przed siebie najszybciej jak tylko mogłem. Szukałem drogi ucieczki. Głupie, prawda? Ze wszystkich stron budynki zagradzały mi drogę. Nie miałem gdzie uciec.
No tak... w końcu to symulacja. -pomyślałem, nerwowo rozglądając się w poszukiwaniu jakiegokolwiek schronienia.
Szukając drogi wyjścia miotałem się między budynkami... a raczej ich ruinami. Jak mogłem się już wcześniej domyślić, nie znalazłem kompletnie nic. Podczas przebiegania przed jedną z mniejszych budowli usłyszałem nagle dziwny dźwięk, a po tym zobaczyłem czerwone światło tuż przed sobą. Schyliłem się szybko, potykając o duży kamień i przewracając. Podparłem się o ziemię dłońmi, które po chwili zostały pokaleczone przez drobne odłamki szkła. Tuż po tym poczułem, jak niewielkie kawałki ściany spadały na moje plecy. Uniosłem głowę. Z budynku, który jeszcze przed chwilą stał tuż za mną nie zostało już kompletnie nic.
Zacząłem nerwowo i łapczywie nabierać powietrze w płuca. Przerażenie zawładnęło całym moim ciałem i umysłem. Wstałem z ledwością na nogi i cofnąłem o kilka kroków.
Nagle znieruchomiałem, słysząc ciche warczenie. Powoli odwróciłem głowę w tamtą stronę, a tuż po tym zobaczyłem przedzierające się między gruzami maleńkie stworki. W przerażeniu śledziłem je wzrokiem. Zmierzały w moją stronę.
Cofnąłem się powoli pod ścianę i oparłem o nią plecami.
Wilkopodobne stwory zbliżały się do mnie coraz bardziej. Miały krótkie łapy i długie ogony uzbrojone w dość duże kolce. Gdy syczały lub warczały, pokazywały ostre, białe kły. Nigdy w życiu nie widziałem podobnych zwierząt nawet w telewizji.
Oddychając głęboko odskoczyłem w bok, unikając ciosu jednego ze zwierząt próbujących złapać mnie swoimi kłami.
Kolejny podskoczył w górę, chwytając mnie za ramię. Krzyknąłem z bólu, czując jak moja skóra zostaje rozerwana. Popłynęła krew, moja krew, która otoczyła całą rękę i spłynęła na ziemię.  Po chwili wszystkie na raz zaatakowały, rzucając się w moją stronę i szarpiąc za skórę i ubrania.
Starałem się uciekać. Biec przed siebie jak najszybciej. Uderzałem pięściami o ściany, szukając przy tym wyjścia.
-Stryker! -wrzasnąłem nagle. -Stryker! Wypuść mnie stąd! Wyłącz to!
Starając się ignorować ból spowodowany przez wciąż atakujące mnie zwierzęta, pobiegłem przed siebie wzdłuż ściany. Nagle wpadłem na pomysł. Mogłem przecież wykorzystać ogień!
W jednej chwili machnąłem ręką, skupiając się na płomieniu i chcąc wysłać go w stronę licznych przeciwników. Byłem w szoku, bo... nic się nie stało. Ogień nawet nie drgnął. Dalej tańczył we własnym rytmie, pożerając powoli ostatnie szczątki. Przerażony zatrzymałem się i odwróciłem, a tuż za sobą zobaczyłem uparcie podążające za mną zwierzęta.
Gdy tylko odwróciłem się z powrotem z zamiarem dalszej ucieczki, poczułem nagle silny ucisk w okolicach brzucha, bioder i dolnej części pleców. Olbrzymia, żelazna dłoń złapała mnie i uniosła w górę.
Zobaczyłem tuż przed sobą dwoje czerwonych oczu, które zaczęły uderzać we mnie coraz jaśniejszym światłem, wydając przy tym dziwny odgłos.
Próbując się się szarpać, rozejrzałem przerażonym wzrokiem, drżąc mocno z nerwów i strachu. Nigdy nie znalazłem się w obliczu śmierci. Czyżby moje życie miało się za chwilę skończyć?
Nagle usłyszałem potężny huk. Nie był to jednak cios wymierzony prosto we mnie. Odgłos ten dobiegał z całkiem innego kierunku. Gdy odkleiłem od siebie mocno zaciśnięte powieki, wokół mnie nie było już żadnych budynków, ruin, ognia czy przeciwników. Znów znalazłem się w owalnym pomieszczeniu. W miejscu gdzie wcześniej znajdowały się rozsuwane drzwi była już tylko wielka dziura. Z jej krawędzi unosił się dym.
Tuż po tym jak zwróciłem głowę w tamtą stronę, zobaczyłem wbiegających do sali Logana, Scotta, Jean i Storm. Ucieszony podszedłem do nich.
A więc uwolnili i mnie i siebie!
Jean zrobiła coś, czego bym się po niej nie spodziewał... przynajmniej nie teraz. Przyciągnęła mnie mocno do siebie i przytuliła. Znów czując jej delikatne, czułe dłonie natychmiast stałem się spokojniejszy.  Nie poczułem już żadnego bólu w ramieniu... po mojej ranie nie było śladu. Jedynie rozerwany kostium w miejscu zadanego ciosu. Po chwili Czerwonowłosa delikatnie pociągnęła mnie za dłoń i zwróciła do mężczyzny w skórzanej kurtce.
-Gdzie jest Stryker? Możesz go znaleźć? -spytała nerwowo, spoglądając na niego a następnie każdego z osobna.
-Powinien być w jednym z pomieszczeń wokół tej sali. -odpowiedział spokojnie.
-Skąd wiesz? -spytałem ciekawskim głosem, posyłając mu zdziwione spojrzenie.
-Doskonale znam to miejsce. -przyznał krótko, nie obdarowując mnie ani jednym spojrzeniem.
-Skąd? Byłeś już tutaj?
Nie odpuszczałem, dopytywałem się dalej.
-Nie powinno Cię to interesować, młody. Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. -warknął na mnie, wycinając pazurami otwór w jakichś drzwiach. Pomieszczenie było puste. Ruszyliśmy dalej.
Kolejne drzwi -to samo. Przy trzecich Logan zatrzymał się nagle. Uniósł głowę i spojrzał po tym na nas.
-Ostrożnie... -ostrzegł, po czym zrobił to samo co poprzednio, wycinając pazurami duży otwór. Wewnątrz dostrzegliśmy coś, czego z pewnością nikt z nas się nie spodziewał. Martwe ciała i krew. Wszystkie maszyny i komputery były zniszczone.
Logan podszedł do białych, metalowych schodów i podniósł z nich skrawek czarnego materiału.
-Jego tutaj już nie ma. -mruknął niewyraźnie, nie patrząc na nas.
-Wracajmy do Instytutu... szkoda czasu na śledztwo. -stwierdziła Białowłosa, kładąc dłoń na moim ramieniu.
-Ale... Storm... -wyjąkał, po czym znów zwrócił wzrok ku swojemu znalezisku.
-Logan. -odparła stanowczo.
Mężczyzna ścisnął materiał w dłoni, po czym przytaknął niechętnie ruchem głowy i ruszył w naszą stronę. Wyszliśmy z pomieszczenia i pobiegliśmy w całkiem innym kierunku niż dotychczas. Wszędzie było pusto... w zaledwie paru salach dostrzegłem przelotnie zakrwawione ciała.
Znaleźliśmy się na dobrze znanym mi lotnisku. Bez słowa posłusznie wsiadłem tuż za resztą do jednego z odrzutowców.
Zająłem miejsce z tyłu, tuż przy małym oknie. Szybko i bez zwlekania wzbiliśmy się maszyną w powietrze. Niezbyt wyraźnie słyszałem tylko rozmowę pozostałej czwórki na temat tego budynku i powrotu do "Instytutu". Większość mojej uwagi zwróciłem jednak na coś całkiem innego.
Mój wzrok przykuła kobieca, zgrabna sylwetka którą dostrzegłem na dachu potężnego budynku. Nie widziałem jej twarzy, jednak mogłem dostrzec falujące na wietrze, długie złociste włosy. Udało mi się również przyuważyć, że ubrana była w skromną, czarną, krótką sukienkę, a stopy obute miała w bardzo wysokie obcasy.
Z jej pleców wyrastały potężne skrzydła o kolorze podobnym do włosów, jednak zdecydowanie bardziej lśniące i imponujące. Właśnie przez to tak bardzo się nią zainteresowałem.
Kobieta trwała tak w bezruchu, nie drgając nawet żadną częścią ciała. Jedynie włosy wciąż tańczyły, poruszając się na wszystkie możliwe strony.
Ruszyliśmy. Postać zaczęła oddalać się coraz bardziej z każdą sekundą, aż w końcu całkowicie zlała się z otoczeniem. Odwróciłem głowę, rzucając tylko szybkie spojrzenie w stronę czwórki nowych znajomych. Co chwilę jednak spoglądałem w okno z cichą nadzieją na to, że tuż za moment znów zobaczę tę kobietę... była piękna. Mimo tego, że nie potrafiłem dostrzec jej twarzy, czułem jakby niedosyt. Chciałem ją zobaczyć, porozmawiać, dowiedzieć się kim jest...

2 komentarze:

  1. Promyczku to jest takie boskie. Mogłabym to czytać cały czas.. cały czas czuję niedosyt. Pisz dalej <3/ Selly :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Dla mnie to i tak za mało :< następnym razem proszę więcej *-* Pisz <3 ~Katie

    OdpowiedzUsuń