Gdy się obudziłem, byłem przykryty kocem. Mój zeszyt razem z długopisem leżały na ławie. A więc ktoś się mną zainteresował.
Miałem naprawdę dziwny sen... przez moment o nim myślałem.
Podniosłem się delikatnie po chwili. Pomieszczeniem rządziła cisza, taka sama jak wieczorem, gdy tutaj przyszedłem. Za oknami zobaczyłem szare niebo pokryte w większości ponurymi chmurami. Podszedłem do jednego z nich i rozciągnąłem się. Pogoda nie zachęcała do wyjścia na zewnątrz. Ani trochę. Widziałem tylko lasy wokoło, które dotąd wygrzewały się leniwie w słońcu, a dziś wyginały na wszystkie strony i walczyły z wiatrem. Westchnąłem cicho. Poskładałem koc, którym ktoś mnie przykrył i odłożyłem go na swoje miejsce. Poszedłem do pokoju i wtedy wiedziałem już, dlaczego w Instytucie nadal panuje taka cisza. Wszyscy jeszcze spali. Spojrzałem zaciekawiony na zegarek i wtedy nieźle się zdziwiłem... była dopiero siódma rano. Wzruszyłem bezradnie ramionami i podszedłem do szafy. Wyjmując z niej nowe ubrania, nuciłem pod nosem melodię, która przypomniała mi się... sam nie wiem skąd. Po prostu ją znałem. Kojarzyłem również niektóre słowa tej piosenki. Musiałem gdzieś ją usłyszeć. Nie chcąc jednak tracić czasu na rozmyślanie o jakiejś piosence, poszedłem do łazienki.
W trakcie rozbierania się, ciągle chodziła mi po głowie ta jedna melodia. Nie mogłem się od niej uwolnić, choć bardzo chciałem. Nie byłem w stanie przestać jej nucić. W końcu warknąłem cicho, spoglądając w lustro. Nie miałem na sobie koszulki. Przypatrzyłem się dokładnie swojemu odbiciu. Nie zobaczyłem w nim nic nowego. Wciąż ten sam, nieposłuszny, humorzasty, nieróżniący się od innych nastolatek. Przeczesałem dłonią swoje włosy, spuszczając wzrok. Nagle opuścił mnie cały dobry humor. Zupełnie jakby został wyrwany siłą.
Poczułem zimny dreszcz. Zaprzestałem rozmyślania o tych dziwnych rzeczach... piosence, odbiciu... nie wiem, co mi się stało. Nigdy nie rozmyślałem tak głęboko o głupotach tego typu. Minutę później znalazłem się pod prysznicem. Strumienie przyjemnej, gorącej wody opadały na moje ciało.
W końcu oparłem dłonie i czoło o ścianę pokrytą małymi kafelkami. Nagle... przypomniałem sobie swój sen. A przynajmniej jego część. Nasunął mi się na myśl obraz pewnej osoby. Leżałem na łóżku... jako mały chłopiec. Spałem. Nade mną siedziała piękna kobieta o lśniących w świetle świec, złocistych włosach. Widziałem jedynie część jej twarzy zwróconą w bok. Patrzyła na mnie leżącego na łóżku. Jej dłoń wciąż trzymała się przy mojej twarzy, gładząc delikatnie dziecięcy policzek. Ubrana była w białą, długą suknię rozciągającą się po dużej części podłogi. Nie mogłem zobaczyć całego pokoju... nie wiedziałem, gdzie odbywała się ta scena. Widziałem jedynie łóżko, świece, siebie i ją... lecz najbardziej niewiarygodne było to, że nad plecami tej kobiety unosiły się ogromne, lecz pozornie bardzo delikatne skrzydła o niezwykłych, złotych piórach. Poruszały się spokojnie w górę, to znów w dół. Kobieta wbijała łagodny wzrok błękitnych oczu prosto we mnie. Miała delikatnie zaróżowione policzki i usta rażące karminem. Co chwilę delikatnie rozwierała wargi, śpiewając cichutko. Skąd wiedziałem, że akurat śpiewała? Nie mam pojęcia... tak nasunęło mi się na myśl. Nie mogłem przypomnieć sobie jej głosu... nic prócz tego widoku już nie pamiętałem. Coś w głębi mnie jednak mówiło, że był tak delikatny, tak piękny i melodyjny, że najpiękniej śpiewające ptaki chyliły się przed nią. Była jak anioł...
Myśli o niej przepełniły cały mój umysł. Nie zajmowałem się już kompletnie niczym. Rozmyślając na jej temat, stałem nieruchomo i nie zwracałem uwagi na to, co dzieje się wokół. Daremnie usiłowałem przypomnieć sobie coś więcej.
Nagle... przypomniałem sobie pewne wydarzenie z przed kilku lat, kiedy to dopiero miałem przybyć do Instytutu. Te same skrzydła... zobaczyłem wtedy na dachu budynku kobiecą sylwetkę o jasnych włosach i podobnych skrzydłach. To jawa? Może moja wyobraźnia płata mi figle, przypominając obrazy z dawnych przewidzeń i tworząc jakieś dziwne sceny. A jeśli to coś więcej? W takim razie... co? Kim jest kobieta, którą zobaczyłem we śnie? Co mówiła? Dlaczego zobaczyłem siebie jako dziecko?
Tak głęboko zatonąłem we własnych myślach, że nie wiedziałem, co dzieje się wokół mnie. Nagle z tego stanu wyrwało mnie głośne pukanie do drzwi. Ktoś dobijał się już chyba od dłuższego czasu.
-John! -wrzasnął ktoś zza drzwi. Rozpoznałem głos Bobby'ego. -wyłaź już stamtąd!
Poderwałem się nerwowo i gwałtownie. Spojrzałem dziwnym, pustym wzrokiem w stronę drzwi. Jakbym miał coś tam zobaczyć. Wyszedłem spod prysznica, wziąłem ręcznik i stanąłem ponownie przed lustrem. Szkło było zaparowane. Pokryte niby białą mgiełką. Pozwalało mi to zobaczyć jedynie niewyraźną, kompletnie zamazaną plamę.
Wyciągnąłem dłoń w przód i delikatnie przetarłem powierzchnię szkła. W lustrze ponownie pojawiło się moje odbicie... tak jak wcześniej, nic się nie zmieniło.
Chwilę później byłem już ubrany w czerwoną koszulę, wypuszczoną luźno na ciemne dżinsy. Zaczesałem włosy do tyłu, używając do tego niewielkiej ilości żelu.
Gdy wyszedłem z łazienki, zobaczyłem, że Bobby siedzi na swoim łóżku ze skrzyżowanymi przy torsie ramionami i wyraźnie niezadowoloną miną.
-O co chodzi? -spytałem niepewnie, nie przypuszczając nawet, jak głupie było to pytanie.
-Jeszcze pytasz? Siedziałeś tam chyba dwie godziny... jeśli nie dłużej, w dodatku w ogóle się nie odzywałeś. Zacząłem myśleć, że coś Ci się stało. -warknął, na początku bardzo wyraźnie słyszałem w jego głosie zdenerwowanie. Później jednak, przy ostatnim zdaniu... złagodniał.
-Przepraszam, zamyśliłem się... nie słyszałem Cię.
Schowałem na chwilę twarz w dłoniach.
-Dobra... nieważne. Szykuj się. Za godzinę mamy zajęcia z profesorem.
Przytaknąłem i spojrzałem za okno. Pogoda nie zmieniła się za sprawą żadnego cudu. A szkoda...
Wyszedłem z pokoju. O tej porze po Instytucie kręciło się zdecydowanie więcej osób. Zobaczyłem w salonie Kitty i Petera. Podszedłem do nich i usiadłem obok.
-No hej, co tam? -spytałem spokojnie, przypominając sobie wczorajszą sytuację. -Jak tam po randce?
Uśmiechnąłem się szeroko. Oni najwyraźniej też pamiętali.
-John... uprzedzaj następnym razem. -odpowiedział niby poważnie Peter.
-Hej! To też mój pokój!
Kitty zachichotała, jednak po chwili zmieniła temat dyskusji.
-Słyszeliście? Ktoś kupił ten wielki dom niedaleko Instytutu. Chyba nawet dzisiaj przyjechali go obejrzeć.
-Kto? Gdzie? -spytałem zdziwiony, nie spuszczając oka z przyjaciółki.
-Nie mam pojęcia. Może spytamy profesora na zajęciach? On pewnie wie.
Jakby na zawołanie, zjawił się za mną Bobby.
-Profesor chce zacząć lekcje wcześniej, bo musi z nami o czymś pogadać. Chodźcie!
Spojrzałem znacząco na przyjaciół i wstałem, ruszając w stronę gabinetu profesora tuż za Drake'iem. Gdy znaleźliśmy się już w elegancko urządzonym pomieszczeniu, czekali już na nas wszyscy nauczyciele. Zdziwiłem się, widząc całe grono pedagogiczne. Scott, Logan, Storm, Jean i Profesor Xavier. Mieli zmartwione miny. Usiadłem razem z przyjaciółmi, niecierpliwie czekając na resztę. Intrygowało mnie to, co profesor chce nam powiedzieć i rozmyślałem, czy ma to jakiś związek z tym, co powiedziała nam Katherine.
Pomieszczenie zaroiło się od ludzi. Wszyscy uczniowie niecierpliwie czekali na ten komunikat. W końcu profesor X uciszył wszystkich i zaczął mówić.
-Posłuchajcie mnie uważnie. Nie będzie żadnego wstępu. Sprawa jest na tyle ważna, że powiem wprost. Niektórzy wiedzą już, że całkiem niedaleko dużą posiadłość wraz z działką ktoś kupił. Są to ludzie... nie mutanty. Nie wiadomo, jaki jest ich stosunek do nas. Nie spodziewam się jednak zbyt wiele. Jest to zamożna rodzina ze wschodniej Australii. Chcielibyśmy prosić Was o jedną rzecz... Uważajcie z używaniem swoich mocy na terenie przed Instytutem. Naszą szkołę i ich posiadłość dzieli spora część lasu, ale w pewnych miejscach jesteśmy bardzo dobrze widoczni, a wiem, że lubicie bawić się mocami na naszym podwórku. Więc proszę, powstrzymajcie się od używania ich za ścianami tego budynku. Przynajmniej na jakiś czas. Wiadomo, jak zareagują władze... w końcu wszyscy sądzą, że to zwyczajne, prywatne liceum. To tyle, dziękuję. Jeśli macie pytania, możecie w każdej chwili tu przyjść. Jeśli nikt nie ma już nic do powiedzenia, młodsi mogą wracać do swoich zajęć, a ze starszymi uczniami rozpocznę już lekcje. Nie będą Wam dziś potrzebne książki ani zeszyty. Pogadamy sobie.
Na końcu profesor posłał nam tylko serdeczny uśmiech. Mimo powagi tej sprawy zdawał się być bardzo spokojny. Zachowaliśmy się więc podobnie.. Nie było żadnych pytań. Przynajmniej jak na razie. Spodziewałem się jednak, że po jakimś czasie wszyscy będą pytać o tamtych ludzi.. Gdy usłyszałem o wschodniej Australii, a więc miejsca, z którego pochodziłem, pomyślałem, czy to przypadkiem nie ktoś mi znany. Prawdopodobieństwo było dość małe, bo w końcu utrzymywałem kontakty głównie z osobami z domu dziecka, w którym mieszkałem, ale i tak... chciałem to sprawdzić.
Zajęcia minęły szybko. Nie było to nic trudnego. Rozmawialiśmy sobie luźno. Profesor powiedział, że nie będzie przerabiał z nami na razie żadnego ciężkiego materiału, bo musi zająć się jakąś ważną sprawą i to byłoby trudne również dla niego. Chociaż nam było to oczywiście na rękę.
Po godzinie wyszliśmy z pomieszczenia. Zauważyłem, że Kitty kieruje się w stronę profesora. Zdziwiony i nawet zaciekawiony podszedłem bliżej. Katherine jednak wtedy podeszła szybko do mnie i z szerokim uśmiechem oznajmiła:
-Profesor powiedział, że nasi nowi sąsiedzi są teraz w posiadłości i możemy tam iść ich odwiedzić! Idziesz ze mną? Bobby też idzie, rozmawialiśmy o tym na lekcji.
Zdążyłem tylko przytaknąć ruchem głowy, bo praktycznie od razu po pytaniu Kitty pociągnęła mnie mocno za rękę. Za drzwiami gabinetu spotkaliśmy jeszcze trójkę przyjaciół. Razem z Peterem, Kitty, Rogue i Bobby'm ruszyliśmy do wyjścia. Wziąłem po drodze swoją kurtkę, ponieważ już sam widok z okna wystarczył, by po moim ciele przeszedł zimny, nieprzyjemny dreszcz.
Pomyślałem, że wpadniemy, zapoznamy się i szybko wrócimy. Miało to jednak zupełnie inaczej wyglądać. Gdy szliśmy przez las, znając drogę do sąsiedniej posiadłości, pozostali rozmawiali ze sobą na ten temat, a tylko ja milczałem, uważnie przysłuchując się im. Gdy w końcu dotarliśmy na miejsce i wyszliśmy spośród drzew, zobaczyłem przy ogromnym budynku -prawie takim jak nasz Instytut, grupkę ludzi. Mężczyzna w czarnym płaszczu, rozmawiający z trzema innymi mężczyznami. Pokazywał dłonią na budynek, co wskazywało na to, że dawał jakieś wskazówki lub opowiadał. Tuż obok niego stała szczupła kobieta, idealnie wyprostowana, z głową uniesioną ku górze. Od tej strony mogłem zobaczyć tylko jej długie, ciemne włosy. Oni jednak mnie nie zainteresowali...
Był tam ktoś jeszcze. Gdy podeszliśmy trochę bliżej, zobaczyliśmy, że w pewnej odległości za tamtymi ludźmi kręci się młoda dziewczyna.
Urzekła mnie jej uroda. Rozglądała się po okolicy, odgarniając co chwilę do tyłu swoje ciemne, brązowe włosy długie do połowy pleców. Wyraz twarzy miała delikatny. Czerwone usta kontrastowały mocno z bladą, być może od zimna, lub naturalnie, skórą. Wyglądała tak... magicznie.
Ludzie, którzy najprawdopodobniej byli jej rodzicami, zajmowali się obecnie rozmową, więc nie przeszkadzaliśmy. Zwróciliśmy się do dziewczyny. Z wyglądu sądziliśmy, że jest mniej więcej w naszym wieku. Pierwsza przywitała się Kitty, która od samego wyjścia, przekroczenia progu Instytutu była niezwykle podekscytowana. Ja poczekałem cierpliwie do końca. Podszedłem do niej i wyciągnąłem rękę w jej stronę.
Miała taką drobną, delikatną dłoń. Zacząłem się bać, aby jej przypadkiem zbyt mocno nie ścisnąć. Uśmiechnąłem się niepewnie, nie mogąc powstrzymać się przed głębokim spojrzeniem w jej oczy. Były tak piękne... błyszczące, brązowe jak moje, tylko trochę jaśniejsze. Przepełnione maleńkimi iskierkami podekscytowania i szczęścia. Subtelnie zaróżowione policzki wydawały się tak delikatne. Jej radosny, łagodny wyraz twarzy od razu wywołał u mnie uśmiech. Czułem na sobie wzrok jej i wszystkich przyjaciół. Byłem jednak jak zahipnotyzowany. Nagle poczułem bardzo mocne szturchnięcie ramię, co wyrwało mnie z pewnego transu. Spojrzałem w bok i zobaczyłem obok siebie Petera, który patrzył na mnie z uniesionymi brwiami. Dopiero wtedy zorientowałem się, że wszyscy patrzą na mnie wyczekująco. Zobaczyłem również, że wciąż ściskam dłoń dziewczyny. Poczułem się jednak równie oczarowany, gdy usłyszałem jej melodyjny, łagodny głos... piękniejszy niż śpiew jakiegokolwiek ptaka.
-Selene...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz