Nie mogłem pozwolić łzom płynąć
dalej. Nie teraz, nie przy nich. Nigdy nie okazywałem takiego smutku
przy innych osobach, robiłem to tylko w samotności, gdy nikt nie
widział.
Otarłem swoje oczy oraz policzki,
jednak wewnątrz wciąż byłem bardzo niespokojny. Zaprowadzono mnie
do salonu i wskazano miejsce na sofie, ale uznałem, że wolę
postać. Trzymałem się dalej niż pozostali. Oparty o komodę pod
ścianą patrzyłem na obecne w salonie osoby. Bobby, zanim usiadł,
zaczął wskazywać i przedstawiać każdego kolejno.
-Mamo, tato, to jest nasz profesor
-Logan, moja dziewczyna -Marie i przyjaciel ze szkoły -John.
Przytaknąłem ruchem głowy, gdy
Robert wskazał na mnie a tuż po tym wszyscy już patrzeli w moją
stronę. Zacząłem nerwowo ściskać w dłoni swoją zapalniczkę.
Matka Icemana spojrzała na mnie jakoś dziwnie, ale nie specjalnie
się tym przejąłem.
-A to moi rodzice, brat -Rony i siostra
-Nicole.
Spojrzałem na każdego po kolei, ale
nikt nie zwrócił specjalnie mojej uwagi, aż wzrok nie padł na
ostatnią z nich, siostrę Icemana. Jasne długie włosy z błękitnym
pasemkiem opadały spokojnie na jej drobne ramiona. Miała bardzo
bladą, gładką cerę i wspaniałe szafirowe oczy. Spojrzała na
mnie i się uśmiechnęła. Nie mogłem oderwać od niej oczu.
Widziałem w niej coś... niezwykłego. Coś naprawdę wyróżniało
ją spośród reszty rodziny. Może to jej nienaturalnie blada skóra,
która wyglądała tak, jakby dziewczyna unikała słońca za wszelką
cenę? A może coś innego. Sam posłałem jej miły uśmiech, czego
nie zrobiłem w przypadku pozostałych. Po chwili przerwał nam głos
matki Bobby'ego, wtedy też zauważyłem, że jego ojciec patrzył na
mnie chyba cały czas, gdy ja podziwiałem Nicole.
-Więc... kiedy się dowiedziałeś, że
jesteś... -zaczęła, ale nie dane było jej dokończyć zdania,
ponieważ sam to za nią zrobiłem. Wahała się wyraźnie przed
użyciem tego właśnie słowa.
-Mutantem? -odezwałem się spokojnie.
Od razu przerzuciła na mnie swój wzrok, który nie wydawał się
być... zbyt miłym.
-Przestań. -rozkazała stanowczo,
patrząc na mnie, okazała się być zirytowana dźwiękiem wciąż
otwieranej i zamykanej zapalniczki. Bez słowa, patrząc na nią
przez chwilę, opuściłem dłoń, w której trzymałem dany przedmiot. Poczułem się przez chwilę, jakby własna matka wydawała
mi polecenie. Sam nie wiem, czy było to miłe odczucie. W tym
momencie usłyszałem dziewczęcy chichot dochodzący od strony
Nicole. Sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu, jednak to się
skończyło, gdy Pani Drake zgromiła córkę wzrokiem.
-Myśleliśmy, że jest w szkole dla
uzdolnionych. -przyznał ojciec Roberta, spoglądając to na niego,
to na swoją żonę. Patrząc w ten sposób wydawał się taki
bezradny i zmieszany. Nie dla każdego bycie mutantem jest czymś
super.
-Bobby jest zdolny... -stwierdziła
Rogue, uśmiechając się do rodziców swojego chłopaka.
-Wiemy... -przerwał jej mężczyzna
siedzący naprzeciwko.
-Wciąż cię kochamy... -przyznała
jego matka. -Tylko, że... ten cały problem mutantów...
-Jaki problem mutantów? -spytał
Logan, opierając się o futrynę drzwi. Widocznie nie spodobało mu
się to stwierdzenie, z resztą tak samo jak mi. Matka Bobby'ego
wtedy wyraźnie się zmieszała. W końcu otaczała ją teraz czwórka
mutantów.
-To skomplikowane... -przyznała w
końcu i spuściła wzrok.
-Czego Pan uczy, Panie Logan? -spytał
mężczyzna, który chciał najwyraźniej zmienić ten jakże trudny
temat.
-Plastyki... -rzucił jak gdyby nigdy
nic. Kiedy to usłyszałem, z ogromnym trudem powstrzymałem się od
śmiechu, choć ten sam uparcie cisnął mi się na twarz. Opuściłem
więc głowę, żeby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi.
-Powinniście zobaczyć, co Bobby
potrafi -stwierdziła Rogue, obejmując mocno ramię swojego
ukochanego. Uśmiechała się szeroko, gdy ten po chwili delikatnie
dotknął filiżanki, z której piła jego matka. Napój oczywiście
zmienił się w lód a na twarzy kobiety pojawiło się ogromne
zaskoczenie. Prędko i nerwowo odstawiła naczynie na ławę,
wcześniej wytrącając kawał zamarzniętej herbaty na talerzyk.
Tym razem nie powstrzymywałem już
śmiechu. Zwłaszcza, gdy duży szary kot wskoczył na ławę i
zaczął lizać sobie lodowy przysmak. Cieszyło mnie to, że Bobby
zaprezentował swoje umiejętności, bo zawsze powtarzałem, że z
takimi niezwykłymi mocami trzeba się pokazywać. Oczywiście często
dostawałem w odpowiedzi wykłady na temat tego, że nie powinniśmy
chwalić się nimi podczas każdego wyjścia na ulicę.
Teraz na mojej twarzy malowało się
zadowolenie, jednak nie wszyscy tu obecni podzieliliby moje zdanie.
Rodzice Bobby'ego byli po prostu w szoku, jego siostra wpatrywała
się w zamrożoną herbatę z uśmiechem, nic nie wskazywało na to,
żeby była zrażona i wystraszona, wręcz przeciwnie. Natomiast jego
brat, który dotychczas siedział obrażony ze skrzyżowanymi rękami,
teraz szybko pobiegł na piętro, tupiąc głośno i nerwowo o
podłogę. Uniosłem brew, zerkając na niego. No tak... obraził
się, bo sam nie ma w sobie nic niezwykłego. Jego matka wołała za
nim, jednak bezskutecznie. Uśmiechy zniknęły nawet z twarzy
Icemana i Rogue. Teraz wszyscy zdawali się jacyś smętni.
-To moja wina... -stwierdziła kobieta
wpatrująca się teraz w podłogę.
-Zmutowane geny przenoszą osobniki
męskie...To jego wina. -przyznałem, jak gdyby nigdy nic patrząc na
ojca Bobby'ego, który, gdy skończył już piorunować mnie
wzrokiem, spojrzał z bezradnością i zdziwieniem na swoją żonę.
Zapadła beznadziejna cisza. Tego się nie spodziewałem, ale tym
razem nie miałem ochoty, by ją przerywać, skoro chyba sam ją
wywołałem.
Na szczęście usłyszałem dźwięk
dzwonka telefonu. Odetchnąłem spokojnie, ciesząc się, że ta
niezręczna cisza została przerwana.
-To do mnie... -odezwał się Logan i
wyszedł szybko za dom. Usłyszałem również westchnienie ze strony
matki Icemana a zaraz też jej głos.
-Bobby... -uśmiechnęła się, choć
wyglądało to raczej na wymuszony uśmiech. -Próbowałeś... nie
być mutantem? -spytała wyraźnie z wielką nadzieją. Kiedy tylko
to usłyszałem, myślałem, że zaraz wybuchnę. Coś takiego
naprawdę doprowadzało mnie do wściekłości. Rodzice mojego
przyjaciela okazali się kolejnymi żałosnymi ludźmi, którzy
myśleli tylko o tym, jak pozbyć się mutacji, jeśli taka nastąpi.
Otworzyłem szerzej oczy i zacząłem patrzeć na nią jak na wroga.
Bobby z kolei zerknął na Rogue, jego twarz nie miała zachwyconego
wyrazu, ale nie tak wściekłego jak moja.
-Mamo... to nie tak... -zawahał się
odrobinę. Nie wiedział co powiedzieć. Z przyjemnością pomógłbym
mu w tej rozmowie, ale jednak ugryzłem się w język i postanowiłem,
że przestanę stwarzać sobie problemy.
-Ja wcale nie chcę się tego
pozbywać... -przyznał w końcu, patrząc bardzo łagodnie na swoją
matkę. Ona przez chwilę się nie odzywała. Skinęła parę razy
głową, kładąc dłonie bezwładnie na swoje kolana. Uśmiechnęła
się spokojnie do syna i jego dziewczyny.
-Wy... wszyscy jesteście mutantami,
tak? -spytała w końcu. Chyba miała ogromną nadzieję na
zaprzeczenie. -Twoja dziewczyna i... kolega, też? -tu zerknęła na
mnie i patrzyła już tak trochę dłużej niż na pozostałych.
Zorientowała się, że mój sposób patrzenia na nią nie jest w
żadnym stopniu przyjazny.
-Tak... my wszyscy jesteśmy... -zaczął
Bobby, ale nie mógł dokończyć, bo nagle do środka z powrotem
wpadł Logan.
-Musimy jechać... -stwierdził od
razu. Wszyscy poderwali się z miejsc. Tylko Rogue spytała
"dlaczego?"
-Teraz!
Nie zwlekając i przestając pytać o
cokolwiek skierowaliśmy się za Loganem do wyjścia. Kiedy jednak
przekroczyliśmy próg domu, zobaczyliśmy, że przed nim czeka już
na nas kilka radiowozów i policjanci ustawieni z bronią w gotowości
do strzału.
Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Kto
do cholery był na tyle głupi, żeby dzwonić po policję? I z
jakiego właściwie powodu?! Wtedy od razu pomyślałem o Rony'm.
Brat Bobby'ego wydał mi się głównym podejrzanym. Bardzo nie
podobało mi się tyle spluw, z których mierzono prosto w naszą
stronę.
-Rzuć noże! -wrzasnął jeden z
policjantów, nie spuszczając Logana z oczu. Z jednej strony byłem
przerażony, ale z drugiej rozbawiła mnie ta niewiedza ludzi o
adamantowych szponach Wolverine'a.
-Ręce do góry!
Logan spojrzał na wszystkie strony.
Zostaliśmy otoczeni. Usłyszałem również głosy policjantów ze
środka domu, więc musieli obstawiać nawet tyły. Ja też patrzyłem
uważnie na każdego po kolei. Nie wiedziałem kompletnie, co robić.
Iceman szepnął imię swojego brata, co tylko utwierdziło mnie w
przekonaniu, że to właśnie on wpakował nas w te kłopoty.
-Rzuć noże! -rozkaz znów padł.
Dopiero wtedy bardziej przyjrzałem się twarzy wydającego go
policjanta. Był bardzo nerwowy, zaniepokojony. Bał się. Czyżby
Rony coś od siebie... dodał? A może po prostu szpony Wolverine'a
działały tak od razu na każdego.
-Nie mogę... -odpowiedział Logan,
patrząc spokojnie na funkcjonariusza. -Patrz... -zaczął wtedy
powoli unosić ręce w górę. Spomiędzy palców wciąż wystawały
zabójcze lśniące pazury. Dobrze wiedziałem, że nie ma w zamiarze
nic złego a jednak...padł strzał. Gdy Logan upadł na ziemię z
kulą na samym środku czoła, moje serce zamarło. Całą trójką
cofnęliśmy się gwałtownie a z lewej usłyszałem tylko drażniący
moje uszy pisk Rogue. Ciężko było mi oderwać wzrok od leżącego
bez tchu Wolverine'a. Moja klatka piersiowa unosiła się nerwowo a
dłonie drżały z przerażenia. Bałem się, że i do nas za chwilę
zaczną strzelać. Widok broni wycelowanej prosto w nas był już
straszny wcześniej, co dopiero teraz, gdy właśnie postrzelono
naszego jedynego w tym czasie opiekuna. Przez myśl przeszło mi, że
Logan przecież może się zregenerować. Nie wiedziałem jednak, czy
zadziała to w czasie, gdy w jego głowie wciąż tkwi pocisk.
-Reszta na ziemię, już! -dopiero ten
krzyk sprawił, że przeniosłem wzrok na wciąż tego samego
mężczyznę, który niezrażony tym, że właśnie kogoś zabił,
celował do nas -bezbronnych dzieciaków, jak to uznaliby nasi
profesorowie. Bobby i Anna od razu wykonali rozkaz, ale ja stałem w
bezruchu, nie spuszczając oczu z tego człowieka. Bez najmniejszego
trudu dało się wyczytać z moich oczu wściekłość pomieszaną ze
strachem, tym razem jednak to pierwsze zdecydowanie dominowało. Nie
miałem zamiaru padać na ziemię, nie miałem zamiaru się poddawać
ani podarować im tego, co właśnie zrobili. Spojrzałem na Annę,
która bezradnie leżała już na ziemi. Później znów na Logana
-kompletnie bez życia. Już doskonale wiedziałem, co zrobię.
Usłyszałem wtedy damski, zdecydowanie delikatniejszy głos. Była
to krótkowłosa blondynka, która również celowała do mnie. Jak
więc na podstawie tego miałem uwierzyć w to, co powiedziała?
-Nie chcemy ci zrobić krzywdy, mały...
Czy ja się przypadkiem nie
przesłyszałem? Nazwała mnie "mały"? Chyba nie ma
pojęcia, do kogo się zwraca. Dość miałem traktowania mnie jak
durnego dzieciaka!
-Słyszeliście w telewizji o groźnych
mutantach? -spytałem, choć nie oczekiwałem raczej żadnej
odpowiedzi. W jednej chwili zapalniczka w mojej dłoni została
otworzona i wydostał się maleńki, niegroźny płomień. Wiedziałem
dobrze, że mam przewagę w tym, co chcę zrobić. Kto w końcu
spodziewałby się jakiegoś zagrożenia ze strony nastolatka, czyż
nie?
Oddychałem płytko, nerwowo. Zwróciłem
się w stronę mężczyzny, którego twarzy pewnie długo nie
zapomnę.
-Jestem z nich najgorszy. -stwierdziłem
a zaraz po tym płomienna fala zmiotła policjanta daleko w tył,
wyłamując przy tym część ogrodzenia tarasu. Nie obdarowując go
nawet częścią mojego zainteresowania odwróciłem się w lewo.
Płomień prędko zawrócił i natychmiast został posłany w
kierunku blondynki, która podobnie od razu wylądowała na ziemi.
Czy chciałem ich zabić? Sam nie wiem. Porządnie poturbować -na
pewno. Chyba wcale nie narzekałbym, gdyby doznali poważnych
oparzeń. Zdołałem usłyszeć jej krzyk, ale miałem coś innego do
roboty, na pewno należało do tego słuchanie żałosnych ludzi.
Ogień zawędrował również do wnętrza domu, gdzie poza
nastraszeniem ludzi przebywających w środku nic złego nie
narobiłem. Na rozkaz płomienie wróciły do mnie. Przerzuciłem je
z jednej dłoni na drugą zupełnie jak jakąś zabawkę i
wycelowałem dokładnie w radiowóz. Nastąpił nagle potężny
wybuch, który odrzucił stojących w pobliżu ludzi. W tym właśnie
momencie całkowicie przestałem panować nad tym, co robię. Nie
chciałem przestać, pragnąłem jedynie zabić wszystkich ludzi w
pobliżu i zniszczyć co się da, wysadzić, spalić na popiół. W
moich oczach zapłonął prawdziwy gniew, który popychał mnie do
dalszej destrukcji. Kiedy dwa auta zakończyły swą służbę w
policji, nadjechało kolejne, które od razu przywitałem potężnym
strumieniem gorąca. Ogień szalał, zaczął pożerać wszystko co
tylko znajdowało się wokoło. Widziałem ludzi, którzy wyglądali
zza okien i patrzyli prosto na mnie oraz otaczający mnie chaos, to
kolejny policyjny wóz -spłonął natychmiast.
Wokoło przerażenie, szok, wszyscy
chcieli uciekać jak najdalej, lecz paraliżujący strach nie
pozwalał postawić ani jednego kroku. Wielka panika. Jeśli jednak
próbowali się kryć... moje idealnie posłuszne płomienie dopadały
ich natychmiast. Nikt nie był w stanie wydostać się z objęć
ognia. Nikt!
Poza całkowitą kontrolą nad jego
ruchami mogłem również decydować o temperaturze, stopniu
oparzenia... teraz, gdy wpadłem w szał, żadnej ofierze, która
miała nieszczęście napatoczyć się na moją drogę nie dane było
przeżyć. Poczuć mogła jedynie... nagłe gorąco, silne objęcia
ognistych ramion i... koniec.
Chęć destrukcji zawładnęła mną
tak mocno, że całkowicie straciłem kontrolę nad sobą.
Przysłoniła ona całkowicie wszelkie inne myśli, teraz w głowie
miałem jedynie to, kto będzie następną ofiarą.
Wtedy... to ogień władał mną, nie
ja nim.
I nagle zabrakło mi oddechu.
Przeszywający ból rozniósł się po moim ciele w błyskawicznym
tempie. Najpierw pozbawił mnie kontroli nad ogniem, który jeszcze
chwilę temu tańczył posłusznie tak jak mu zagrałem. Następnie...
powoli opadłem na kolana. Nie wiedziałem, co się stało, ale było
to tak... nagle i niespodziewanie. Czułem się coraz gorzej,
zupełnie jakby cała energia życiowa ze mnie wypływała. Gdy już
upadłem, widziałem jeszcze płomienie tlące się w najbliższym
otoczeniu. Mój oddech stał się wolny i płytki, nie miałem siły
nawet na głęboki wdech.
Wtedy gwałtownie zmieniła się
temperatura. Dotychczas było jeszcze znośnie, ale teraz okropny
chłód objął mnie z całych sił. Poczułem silny wiatr i
zobaczyłem... śnieg. Taka śnieżyca o tej porze roku nie była
normalna, zwłaszcza, że jeszcze przed chwilą po niebie płynęły
jedynie nieliczne białe obłoki. Nie widziałem już nic prócz
przewijających się niezwykle szybko śnieżnych pasm. To na pewno
nie był Iceman... przecież on nie tworzy śnieżnych zamieci. Przez
chwilę pomyślałem, że jestem już w zupełnie innym miejscu, ale
po zaledwie kilku sekundach... znów zobaczyłem zniszczoną okolicę.
Tym razem na środku podwórka stała dziewczyna o praktycznie białej
skórze oraz bardzo jasnych włosach. Wokół niej kręciły się
jeszcze maleńkie płatki śniegu. Niebieskie pasemko... gdyby nie
ono, w życiu nie rozpoznałbym teraz Nicole. Więc jednak ona była
mutantem... i ugasiła właśnie resztki moich płomieni, choć sama
narobiła trochę bałaganu. Okolica pokryta była cienką warstwą
białego puchu.
Wstałem, chociaż nie bez problemu.
Spojrzałem na Rogue, następnie Bobby'ego. Oboje ukazywali podobne
zdziwienie co ja. Po chwili zobaczyłem również, jak Logan podnosi
się z ziemi jak gdyby nigdy nic. Na szczęście... regeneracja
zadziałała również w tej sytuacji. Przez krótki czas stał tak,
rozglądając się dookoła. Następnie spojrzał na mnie wyraźnie
niezachwyconym wzrokiem. Uniosłem tylko kącik ust, mając nadzieję, że nic nie powie. Faktycznie... postanowił przemilczeć
to, co się tutaj działo.
Nagle na drodze wylądował czarny
odrzutowiec, rozpoznałem od razu naszego Blackbirda. Natychmiast
ruszyliśmy z Loganem w jego stronę. Bobby zatrzymał się jeszcze
przy siostrze, ja kawałek dalej a Rogue wcale. Poszła od razu
prosto do samolotu.
Udało mi się usłyszeć rozmowę.
-Nicole... ty... jesteś...
-Taka jak ty, Bobby... -przyznała z
uśmiechem, składając ręce razem, nawet podskoczyła z
podekscytowania. Sam Robert nie wiedział nawet jak ma zareagować,
co zrobić.
-Od kiedy to wiesz? -spytał zdziwiony.
-Od paru lat. Myślałam, że jestem
jedyna taka...
-Nie, jest nas wielu, ale... co teraz
masz zamiar robić? Rodzice nawet się nie domyślali? -dopytywał
ciągle. Zdawał się być oszołomiony. Przewróciłem oczami i już
chciałem podejść do niego, i walnąć go porządnie w głowę.
-Chcę iść z wami... nie wytrzymam
już dłużej w tym domu. Rony ciągle działa mi na nerwy, rodzice
też... chcę uczyć się w twojej szkole... -przyznała i wpatrywała
się w niego z nadzieją, że jednak się zgodzi.
-Nicole, to nie ode mnie zależy... nie
mogę od tak...
Nie mogłem już wytrzymać i
przerwałem mu bez wahania.
-Nie ma teraz na to czasu! Spójrz.
-rozkazałem i wskazałem na okno, z którego wyglądał Rony i jego
rodzice. -Widzieli to, raczej nie będą zadowoleni z faktu, że
kolejna w waszej rodzinie jest mutantem, skoro dowiedzieli się
dopiero o tobie! Profesor na pewno przyjmie ją z uśmiechem a teraz
chodź. Musimy stąd uciekać.
Bobby nie dyskutował już z siostrą,
chociaż patrzył na nią w milczeniu jeszcze przez moment.
Natychmiast szybko ruszyliśmy do odrzutowca, w którym czekał już
Logan i Rogue oraz Storm i Jean. Jakie to szczęście, że nas
znalazły i zabrały z tego miejsca. Kto wie, co mogło się jeszcze
stać...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz