They're coming to take me away

They're coming to take me away

niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 8 Władca płomieni

Nie mogłem pozwolić łzom płynąć dalej. Nie teraz, nie przy nich. Nigdy nie okazywałem takiego smutku przy innych osobach, robiłem to tylko w samotności, gdy nikt nie widział.
Otarłem swoje oczy oraz policzki, jednak wewnątrz wciąż byłem bardzo niespokojny. Zaprowadzono mnie do salonu i wskazano miejsce na sofie, ale uznałem, że wolę postać. Trzymałem się dalej niż pozostali. Oparty o komodę pod ścianą patrzyłem na obecne w salonie osoby. Bobby, zanim usiadł, zaczął wskazywać i przedstawiać każdego kolejno.
-Mamo, tato, to jest nasz profesor -Logan, moja dziewczyna -Marie i przyjaciel ze szkoły -John.
Przytaknąłem ruchem głowy, gdy Robert wskazał na mnie a tuż po tym wszyscy już patrzeli w moją stronę. Zacząłem nerwowo ściskać w dłoni swoją zapalniczkę. Matka Icemana spojrzała na mnie jakoś dziwnie, ale nie specjalnie się tym przejąłem.
-A to moi rodzice, brat -Rony i siostra -Nicole.
Spojrzałem na każdego po kolei, ale nikt nie zwrócił specjalnie mojej uwagi, aż wzrok nie padł na ostatnią z nich, siostrę Icemana. Jasne długie włosy z błękitnym pasemkiem opadały spokojnie na jej drobne ramiona. Miała bardzo bladą, gładką cerę i wspaniałe szafirowe oczy. Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła. Nie mogłem oderwać od niej oczu. Widziałem w niej coś... niezwykłego. Coś naprawdę wyróżniało ją spośród reszty rodziny. Może to jej nienaturalnie blada skóra, która wyglądała tak, jakby dziewczyna unikała słońca za wszelką cenę? A może coś innego. Sam posłałem jej miły uśmiech, czego nie zrobiłem w przypadku pozostałych. Po chwili przerwał nam głos matki Bobby'ego, wtedy też zauważyłem, że jego ojciec patrzył na mnie chyba cały czas, gdy ja podziwiałem Nicole.
-Więc... kiedy się dowiedziałeś, że jesteś... -zaczęła, ale nie dane było jej dokończyć zdania, ponieważ sam to za nią zrobiłem. Wahała się wyraźnie przed użyciem tego właśnie słowa.
-Mutantem? -odezwałem się spokojnie. Od razu przerzuciła na mnie swój wzrok, który nie wydawał się być... zbyt miłym.
-Przestań. -rozkazała stanowczo, patrząc na mnie, okazała się być zirytowana dźwiękiem wciąż otwieranej i zamykanej zapalniczki. Bez słowa, patrząc na nią przez chwilę, opuściłem dłoń, w której trzymałem dany przedmiot. Poczułem się przez chwilę, jakby własna matka wydawała mi polecenie. Sam nie wiem, czy było to miłe odczucie. W tym momencie usłyszałem dziewczęcy chichot dochodzący od strony Nicole. Sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu, jednak to się skończyło, gdy Pani Drake zgromiła córkę wzrokiem.
-Myśleliśmy, że jest w szkole dla uzdolnionych. -przyznał ojciec Roberta, spoglądając to na niego, to na swoją żonę. Patrząc w ten sposób wydawał się taki bezradny i zmieszany. Nie dla każdego bycie mutantem jest czymś super.
-Bobby jest zdolny... -stwierdziła Rogue, uśmiechając się do rodziców swojego chłopaka.
-Wiemy... -przerwał jej mężczyzna siedzący naprzeciwko.
-Wciąż cię kochamy... -przyznała jego matka. -Tylko, że... ten cały problem mutantów...
-Jaki problem mutantów? -spytał Logan, opierając się o futrynę drzwi. Widocznie nie spodobało mu się to stwierdzenie, z resztą tak samo jak mi. Matka Bobby'ego wtedy wyraźnie się zmieszała. W końcu otaczała ją teraz czwórka mutantów.
-To skomplikowane... -przyznała w końcu i spuściła wzrok.
-Czego Pan uczy, Panie Logan? -spytał mężczyzna, który chciał najwyraźniej zmienić ten jakże trudny temat.
-Plastyki... -rzucił jak gdyby nigdy nic. Kiedy to usłyszałem, z ogromnym trudem powstrzymałem się od śmiechu, choć ten sam uparcie cisnął mi się na twarz. Opuściłem więc głowę, żeby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi.
-Powinniście zobaczyć, co Bobby potrafi -stwierdziła Rogue, obejmując mocno ramię swojego ukochanego. Uśmiechała się szeroko, gdy ten po chwili delikatnie dotknął filiżanki, z której piła jego matka. Napój oczywiście zmienił się w lód a na twarzy kobiety pojawiło się ogromne zaskoczenie. Prędko i nerwowo odstawiła naczynie na ławę, wcześniej wytrącając kawał zamarzniętej herbaty na talerzyk.
Tym razem nie powstrzymywałem już śmiechu. Zwłaszcza, gdy duży szary kot wskoczył na ławę i zaczął lizać sobie lodowy przysmak. Cieszyło mnie to, że Bobby zaprezentował swoje umiejętności, bo zawsze powtarzałem, że z takimi niezwykłymi mocami trzeba się pokazywać. Oczywiście często dostawałem w odpowiedzi wykłady na temat tego, że nie powinniśmy chwalić się nimi podczas każdego wyjścia na ulicę.
Teraz na mojej twarzy malowało się zadowolenie, jednak nie wszyscy tu obecni podzieliliby moje zdanie. Rodzice Bobby'ego byli po prostu w szoku, jego siostra wpatrywała się w zamrożoną herbatę z uśmiechem, nic nie wskazywało na to, żeby była zrażona i wystraszona, wręcz przeciwnie. Natomiast jego brat, który dotychczas siedział obrażony ze skrzyżowanymi rękami, teraz szybko pobiegł na piętro, tupiąc głośno i nerwowo o podłogę. Uniosłem brew, zerkając na niego. No tak... obraził się, bo sam nie ma w sobie nic niezwykłego. Jego matka wołała za nim, jednak bezskutecznie. Uśmiechy zniknęły nawet z twarzy Icemana i Rogue. Teraz wszyscy zdawali się jacyś smętni.
-To moja wina... -stwierdziła kobieta wpatrująca się teraz w podłogę.
-Zmutowane geny przenoszą osobniki męskie...To jego wina. -przyznałem, jak gdyby nigdy nic patrząc na ojca Bobby'ego, który, gdy skończył już piorunować mnie wzrokiem, spojrzał z bezradnością i zdziwieniem na swoją żonę. Zapadła beznadziejna cisza. Tego się nie spodziewałem, ale tym razem nie miałem ochoty, by ją przerywać, skoro chyba sam ją wywołałem.
Na szczęście usłyszałem dźwięk dzwonka telefonu. Odetchnąłem spokojnie, ciesząc się, że ta niezręczna cisza została przerwana.
-To do mnie... -odezwał się Logan i wyszedł szybko za dom. Usłyszałem również westchnienie ze strony matki Icemana a zaraz też jej głos.
-Bobby... -uśmiechnęła się, choć wyglądało to raczej na wymuszony uśmiech. -Próbowałeś... nie być mutantem? -spytała wyraźnie z wielką nadzieją. Kiedy tylko to usłyszałem, myślałem, że zaraz wybuchnę. Coś takiego naprawdę doprowadzało mnie do wściekłości. Rodzice mojego przyjaciela okazali się kolejnymi żałosnymi ludźmi, którzy myśleli tylko o tym, jak pozbyć się mutacji, jeśli taka nastąpi. Otworzyłem szerzej oczy i zacząłem patrzeć na nią jak na wroga. Bobby z kolei zerknął na Rogue, jego twarz nie miała zachwyconego wyrazu, ale nie tak wściekłego jak moja.
-Mamo... to nie tak... -zawahał się odrobinę. Nie wiedział co powiedzieć. Z przyjemnością pomógłbym mu w tej rozmowie, ale jednak ugryzłem się w język i postanowiłem, że przestanę stwarzać sobie problemy.
-Ja wcale nie chcę się tego pozbywać... -przyznał w końcu, patrząc bardzo łagodnie na swoją matkę. Ona przez chwilę się nie odzywała. Skinęła parę razy głową, kładąc dłonie bezwładnie na swoje kolana. Uśmiechnęła się spokojnie do syna i jego dziewczyny.
-Wy... wszyscy jesteście mutantami, tak? -spytała w końcu. Chyba miała ogromną nadzieję na zaprzeczenie. -Twoja dziewczyna i... kolega, też? -tu zerknęła na mnie i patrzyła już tak trochę dłużej niż na pozostałych. Zorientowała się, że mój sposób patrzenia na nią nie jest w żadnym stopniu przyjazny.
-Tak... my wszyscy jesteśmy... -zaczął Bobby, ale nie mógł dokończyć, bo nagle do środka z powrotem wpadł Logan.
-Musimy jechać... -stwierdził od razu. Wszyscy poderwali się z miejsc. Tylko Rogue spytała "dlaczego?"
-Teraz!
Nie zwlekając i przestając pytać o cokolwiek skierowaliśmy się za Loganem do wyjścia. Kiedy jednak przekroczyliśmy próg domu, zobaczyliśmy, że przed nim czeka już na nas kilka radiowozów i policjanci ustawieni z bronią w gotowości do strzału.
Rozejrzałem się nerwowo dookoła. Kto do cholery był na tyle głupi, żeby dzwonić po policję? I z jakiego właściwie powodu?! Wtedy od razu pomyślałem o Rony'm. Brat Bobby'ego wydał mi się głównym podejrzanym. Bardzo nie podobało mi się tyle spluw, z których mierzono prosto w naszą stronę.
-Rzuć noże! -wrzasnął jeden z policjantów, nie spuszczając Logana z oczu. Z jednej strony byłem przerażony, ale z drugiej rozbawiła mnie ta niewiedza ludzi o adamantowych szponach Wolverine'a.
-Ręce do góry!
Logan spojrzał na wszystkie strony. Zostaliśmy otoczeni. Usłyszałem również głosy policjantów ze środka domu, więc musieli obstawiać nawet tyły. Ja też patrzyłem uważnie na każdego po kolei. Nie wiedziałem kompletnie, co robić. Iceman szepnął imię swojego brata, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że to właśnie on wpakował nas w te kłopoty.
-Rzuć noże! -rozkaz znów padł. Dopiero wtedy bardziej przyjrzałem się twarzy wydającego go policjanta. Był bardzo nerwowy, zaniepokojony. Bał się. Czyżby Rony coś od siebie... dodał? A może po prostu szpony Wolverine'a działały tak od razu na każdego.
-Nie mogę... -odpowiedział Logan, patrząc spokojnie na funkcjonariusza. -Patrz... -zaczął wtedy powoli unosić ręce w górę. Spomiędzy palców wciąż wystawały zabójcze lśniące pazury. Dobrze wiedziałem, że nie ma w zamiarze nic złego a jednak...padł strzał. Gdy Logan upadł na ziemię z kulą na samym środku czoła, moje serce zamarło. Całą trójką cofnęliśmy się gwałtownie a z lewej usłyszałem tylko drażniący moje uszy pisk Rogue. Ciężko było mi oderwać wzrok od leżącego bez tchu Wolverine'a. Moja klatka piersiowa unosiła się nerwowo a dłonie drżały z przerażenia. Bałem się, że i do nas za chwilę zaczną strzelać. Widok broni wycelowanej prosto w nas był już straszny wcześniej, co dopiero teraz, gdy właśnie postrzelono naszego jedynego w tym czasie opiekuna. Przez myśl przeszło mi, że Logan przecież może się zregenerować. Nie wiedziałem jednak, czy zadziała to w czasie, gdy w jego głowie wciąż tkwi pocisk.
-Reszta na ziemię, już! -dopiero ten krzyk sprawił, że przeniosłem wzrok na wciąż tego samego mężczyznę, który niezrażony tym, że właśnie kogoś zabił, celował do nas -bezbronnych dzieciaków, jak to uznaliby nasi profesorowie. Bobby i Anna od razu wykonali rozkaz, ale ja stałem w bezruchu, nie spuszczając oczu z tego człowieka. Bez najmniejszego trudu dało się wyczytać z moich oczu wściekłość pomieszaną ze strachem, tym razem jednak to pierwsze zdecydowanie dominowało. Nie miałem zamiaru padać na ziemię, nie miałem zamiaru się poddawać ani podarować im tego, co właśnie zrobili. Spojrzałem na Annę, która bezradnie leżała już na ziemi. Później znów na Logana -kompletnie bez życia. Już doskonale wiedziałem, co zrobię. Usłyszałem wtedy damski, zdecydowanie delikatniejszy głos. Była to krótkowłosa blondynka, która również celowała do mnie. Jak więc na podstawie tego miałem uwierzyć w to, co powiedziała?
-Nie chcemy ci zrobić krzywdy, mały...
Czy ja się przypadkiem nie przesłyszałem? Nazwała mnie "mały"? Chyba nie ma pojęcia, do kogo się zwraca. Dość miałem traktowania mnie jak durnego dzieciaka!
-Słyszeliście w telewizji o groźnych mutantach? -spytałem, choć nie oczekiwałem raczej żadnej odpowiedzi. W jednej chwili zapalniczka w mojej dłoni została otworzona i wydostał się maleńki, niegroźny płomień. Wiedziałem dobrze, że mam przewagę w tym, co chcę zrobić. Kto w końcu spodziewałby się jakiegoś zagrożenia ze strony nastolatka, czyż nie?
Oddychałem płytko, nerwowo. Zwróciłem się w stronę mężczyzny, którego twarzy pewnie długo nie zapomnę.
-Jestem z nich najgorszy. -stwierdziłem a zaraz po tym płomienna fala zmiotła policjanta daleko w tył, wyłamując przy tym część ogrodzenia tarasu. Nie obdarowując go nawet częścią mojego zainteresowania odwróciłem się w lewo. Płomień prędko zawrócił i natychmiast został posłany w kierunku blondynki, która podobnie od razu wylądowała na ziemi. Czy chciałem ich zabić? Sam nie wiem. Porządnie poturbować -na pewno. Chyba wcale nie narzekałbym, gdyby doznali poważnych oparzeń. Zdołałem usłyszeć jej krzyk, ale miałem coś innego do roboty, na pewno należało do tego słuchanie żałosnych ludzi. Ogień zawędrował również do wnętrza domu, gdzie poza nastraszeniem ludzi przebywających w środku nic złego nie narobiłem. Na rozkaz płomienie wróciły do mnie. Przerzuciłem je z jednej dłoni na drugą zupełnie jak jakąś zabawkę i wycelowałem dokładnie w radiowóz. Nastąpił nagle potężny wybuch, który odrzucił stojących w pobliżu ludzi. W tym właśnie momencie całkowicie przestałem panować nad tym, co robię. Nie chciałem przestać, pragnąłem jedynie zabić wszystkich ludzi w pobliżu i zniszczyć co się da, wysadzić, spalić na popiół. W moich oczach zapłonął prawdziwy gniew, który popychał mnie do dalszej destrukcji. Kiedy dwa auta zakończyły swą służbę w policji, nadjechało kolejne, które od razu przywitałem potężnym strumieniem gorąca. Ogień szalał, zaczął pożerać wszystko co tylko znajdowało się wokoło. Widziałem ludzi, którzy wyglądali zza okien i patrzyli prosto na mnie oraz otaczający mnie chaos, to kolejny policyjny wóz -spłonął natychmiast.
Wokoło przerażenie, szok, wszyscy chcieli uciekać jak najdalej, lecz paraliżujący strach nie pozwalał postawić ani jednego kroku. Wielka panika. Jeśli jednak próbowali się kryć... moje idealnie posłuszne płomienie dopadały ich natychmiast. Nikt nie był w stanie wydostać się z objęć ognia. Nikt!
Poza całkowitą kontrolą nad jego ruchami mogłem również decydować o temperaturze, stopniu oparzenia... teraz, gdy wpadłem w szał, żadnej ofierze, która miała nieszczęście napatoczyć się na moją drogę nie dane było przeżyć. Poczuć mogła jedynie... nagłe gorąco, silne objęcia ognistych ramion i... koniec.
Chęć destrukcji zawładnęła mną tak mocno, że całkowicie straciłem kontrolę nad sobą. Przysłoniła ona całkowicie wszelkie inne myśli, teraz w głowie miałem jedynie to, kto będzie następną ofiarą.
Wtedy... to ogień władał mną, nie ja nim.
I nagle zabrakło mi oddechu. Przeszywający ból rozniósł się po moim ciele w błyskawicznym tempie. Najpierw pozbawił mnie kontroli nad ogniem, który jeszcze chwilę temu tańczył posłusznie tak jak mu zagrałem. Następnie... powoli opadłem na kolana. Nie wiedziałem, co się stało, ale było to tak... nagle i niespodziewanie. Czułem się coraz gorzej, zupełnie jakby cała energia życiowa ze mnie wypływała. Gdy już upadłem, widziałem jeszcze płomienie tlące się w najbliższym otoczeniu. Mój oddech stał się wolny i płytki, nie miałem siły nawet na głęboki wdech.
Wtedy gwałtownie zmieniła się temperatura. Dotychczas było jeszcze znośnie, ale teraz okropny chłód objął mnie z całych sił. Poczułem silny wiatr i zobaczyłem... śnieg. Taka śnieżyca o tej porze roku nie była normalna, zwłaszcza, że jeszcze przed chwilą po niebie płynęły jedynie nieliczne białe obłoki. Nie widziałem już nic prócz przewijających się niezwykle szybko śnieżnych pasm. To na pewno nie był Iceman... przecież on nie tworzy śnieżnych zamieci. Przez chwilę pomyślałem, że jestem już w zupełnie innym miejscu, ale po zaledwie kilku sekundach... znów zobaczyłem zniszczoną okolicę. Tym razem na środku podwórka stała dziewczyna o praktycznie białej skórze oraz bardzo jasnych włosach. Wokół niej kręciły się jeszcze maleńkie płatki śniegu. Niebieskie pasemko... gdyby nie ono, w życiu nie rozpoznałbym teraz Nicole. Więc jednak ona była mutantem... i ugasiła właśnie resztki moich płomieni, choć sama narobiła trochę bałaganu. Okolica pokryta była cienką warstwą białego puchu.
Wstałem, chociaż nie bez problemu. Spojrzałem na Rogue, następnie Bobby'ego. Oboje ukazywali podobne zdziwienie co ja. Po chwili zobaczyłem również, jak Logan podnosi się z ziemi jak gdyby nigdy nic. Na szczęście... regeneracja zadziałała również w tej sytuacji. Przez krótki czas stał tak, rozglądając się dookoła. Następnie spojrzał na mnie wyraźnie niezachwyconym wzrokiem. Uniosłem tylko kącik ust, mając nadzieję, że nic nie powie. Faktycznie... postanowił przemilczeć to, co się tutaj działo.
Nagle na drodze wylądował czarny odrzutowiec, rozpoznałem od razu naszego Blackbirda. Natychmiast ruszyliśmy z Loganem w jego stronę. Bobby zatrzymał się jeszcze przy siostrze, ja kawałek dalej a Rogue wcale. Poszła od razu prosto do samolotu.
Udało mi się usłyszeć rozmowę.
-Nicole... ty... jesteś...
-Taka jak ty, Bobby... -przyznała z uśmiechem, składając ręce razem, nawet podskoczyła z podekscytowania. Sam Robert nie wiedział nawet jak ma zareagować, co zrobić.
-Od kiedy to wiesz? -spytał zdziwiony.
-Od paru lat. Myślałam, że jestem jedyna taka...
-Nie, jest nas wielu, ale... co teraz masz zamiar robić? Rodzice nawet się nie domyślali? -dopytywał ciągle. Zdawał się być oszołomiony. Przewróciłem oczami i już chciałem podejść do niego, i walnąć go porządnie w głowę.
-Chcę iść z wami... nie wytrzymam już dłużej w tym domu. Rony ciągle działa mi na nerwy, rodzice też... chcę uczyć się w twojej szkole... -przyznała i wpatrywała się w niego z nadzieją, że jednak się zgodzi.
-Nicole, to nie ode mnie zależy... nie mogę od tak...
Nie mogłem już wytrzymać i przerwałem mu bez wahania.
-Nie ma teraz na to czasu! Spójrz. -rozkazałem i wskazałem na okno, z którego wyglądał Rony i jego rodzice. -Widzieli to, raczej nie będą zadowoleni z faktu, że kolejna w waszej rodzinie jest mutantem, skoro dowiedzieli się dopiero o tobie! Profesor na pewno przyjmie ją z uśmiechem a teraz chodź. Musimy stąd uciekać.

Bobby nie dyskutował już z siostrą, chociaż patrzył na nią w milczeniu jeszcze przez moment. Natychmiast szybko ruszyliśmy do odrzutowca, w którym czekał już Logan i Rogue oraz Storm i Jean. Jakie to szczęście, że nas znalazły i zabrały z tego miejsca. Kto wie, co mogło się jeszcze stać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz