They're coming to take me away

They're coming to take me away

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 1 Przeszłość. cz. 1

Sydney, Australia

Blondwłosa kobieta oparta o ścianę siedziała na ziemi, wpatrując się w jakiś punkt na niej. Chaotycznie ułożone włosy opadały na jej ramiona, zakrywając w połowie bladą, smutną twarz. Po policzkach z każdą sekundą spływały nowe łzy. Ściskając w dłoniach mokrą chusteczkę, opierała się podbródkiem o prawe kolano. Miała na sobie blado-różową koszulkę i ciemne, luźne spodnie. Bosymi stopami dotykała zimnej, drewnianej podłogi. W pomieszczeniu słychać było jedynie powtarzające się szlochy i krople deszczu uderzające w okno. Po chwili jednak rozległ się głośny krzyk dziecka. Kobieta natychmiast zakryła uszy dłońmi, nie chcąc tego słyszeć. Skuliła się mocniej i zacisnęła powieki.
Płacz nie ustępował. Blondynka wstała w końcu z podłogi, po czym nieśmiało zerknęła w stronę podwójnego łóżka. Podeszła do niego wolnym krokiem, co chwilę jednak zatrzymując się na moment. Najchętniej uciekłaby w tym momencie jak najdalej. Coś ją jednak powstrzymywało. Gdy znalazła się już w odpowiedniej odległości, opadła na kolana, łokciami opierając się o krawędź łóżka. Uniosła wzrok, niechętnie zwracając się w stronę maleńkiego dziecka owiniętego w biały materiał. Podniosła się i usiadła na łóżku. Po tym praktycznie natychmiast odwróciła głowę. Jej ciało na zmianę przechodził dreszcz zimna, to fala gorąca. Wszystkie myśli się zlewały a uczucia, i emocje całkiem mieszały. Sama nie miała pojęcia, co czuje i co powinna teraz zrobić. W jednej chwili poderwała się gwałtownie, odwracając w stronę dziecka. Na jej twarzy gościła teraz wściekłość i zmieszanie.
-To twoja wina! -wrzasnęła na malucha, jakby cokolwiek miał zrozumieć. W tym samym czasie nastała kompletna cisza. Dziecko przestało płakać. Wpatrywało się tylko w kobietę ciekawymi lecz smutnymi brązowymi oczyma.
-To wszystko przez ciebie... -powtórzyła, rozmasowując palcami skronie. Przez chwilę kręciła się w kółko, wyraźnie bardzo intensywnie nad czymś rozmyślając. Stare deski podłogi trzeszczały przy każdym jej kroku. Nagle kobieta zatrzymała się. Przez moment stała kompletnie nieruchomo. W końcu jednak zwróciła głowę w stronę lustra stojącego przy ścianie prostopadłej do łóżka. Przez minutę wpatrywała się w swoje odbicie. Wyglądała po prostu żałośnie. Jakby dotknięta paskudną chorobą... tak samo z resztą się czuła. Szybkim krokiem wróciła do łóżka, podniosła dziecko i spojrzała na nie po raz kolejny. Już wiedziała, co zrobi. Sądziła, że to jedyne wyjście.
-Przepraszam... -mruknęła bez krzty uczuć, po czym szybko i zdecydowanie skierowała się do drzwi.



Sydney, szesnaście lat później 



Siedziałem pod ścianą, wpatrując się w niebo z ledwo zauważalnym uśmiechem. Schowałem dłonie w rękawach bluzy, chcąc ochronić się trochę przed zimnem. Od godziny obserwowałem gwiazdy rozsypane po ciemnym tle nieba. Robiąc to codziennie, rozmyślałem o samym sobie... swoim życiu.
Odkąd pamiętam, mieszkałem w domu dziecka. Nie znałem swoich rodziców... nawet nie wiedziałem, jak wyglądali. To mnie bolało, ale przez szesnaście lat zdołałem się już do tego przyzwyczaić. Tutaj miałem dobrych znajomych. Rozumieli mnie... sami wiedzieli przecież jak to jest. Nie mogłem żałować tego, że rodzice mnie zostawili... przecież nawet ich nie znałem, chociaż bywały takie momenty, w których chciałem ich szukać. Wśród innych dzieciaków i nastolatków nie było wcale źle... tylko jeden mały szczegół utrudniał mi pobyt wśród takiej ilości ludzi.
Kilka lat wcześniej zorientowałem się, że jestem jakiś inny niż wszyscy... że coś ze mną jest nie tak. Gdy bywałem w pobliżu ognia, podczas pewnych moich gestów działy się z nim różne rzeczy. Zorientowałem się, że to przeze mnie. Potrafiłem go przemieszczać. Spodobało mi się, chociaż na początku było to dla mnie szokujące. Z nikim nie chciałem o tym rozmawiać. Nikt nie wiedział. Nie rozumiałem, dlaczego tak się dzieje. W końcu przestałem się tym interesować i już nawet nie próbowałem zabaw z ogniem.
Uśmiechając się szeroko wstałem po chwili z chłodnej podłogi i wszedłem z powrotem do pokoju, zamykając za sobą drzwi balkonu. Zadrżałem z zimna i nie zdejmując nawet bluzy usiadłem na swoje łóżko. Sięgnąłem po zeszyt i długopis. Wszyscy inni byli w tym czasie na kolacji, ale ja jakoś nie byłem głodny. Uwielbiałem pisać opowiadania i krótkie niezbyt profesjonalne wiersze. Poświęcałem na to bardzo dużą ilość swojego wolnego czasu.
Z każdym ruchem mojej dłoni spod długopisu wypływały nowe litery, słowa, zdania. Pisanie było czymś, co pomagało mi się zrelaksować i uciec od świata rzeczywistego oraz jego problemów. Zaledwie chwilę po rozpoczęciu straciłem kontakt z rzeczywistością. Nie obchodziło mnie już nic, co działo się wokół. Wena sprzyjała. Tworzenie długich tekstów nie sprawiało mi nawet najmniejszego trudu a pomysły na nowe zdania jakby same pojawiały się w mojej głowie. Robiłem to od dawna. Szafki i półki w pokoju zapełnione były zeszytami z moimi dziełami. Nagle usłyszałem zgrzyt otwierających się drzwi. Niechętnie uniosłem głowę w górę, po czym zwróciłem ją w tamtą stronę. Zobaczyłem swojego kolegę z pokoju -Stevena. Rudowłosy chłopak uśmiechnął się szeroko, po czym zrzucił z siebie szarą bluzę i widocznie bardzo zadowolony przystanął przy oknie. Uniosłem wtedy brew, odkładając zeszyt na bok.
-Cześć, Steve, co jest? -spytałem ciekawsko, opierając się dłońmi o łóżko.
-Hej -odpowiedział mi radośnie, po czym w końcu się do mnie odwrócił.
-Samantha zgodziła się na randkę ze mną! -przyznał głośno, rzucając się po chwili na łóżko.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
-A cały tydzień się do tego zbierałeś. -przyznałem cicho, posyłając koledze złośliwy uśmiech.
-To jak? Gdzie i kiedy idziecie? -dodałem po chwili.
-Jutro wieczorem... i nie mam pojęcia gdzie. Jeszcze pomyślę.
Zaśmiałem się głośno. Rzadko widywałem go tak radosnego.
-Dlaczego nie było cię na kolacji? -spytał po chwili już trochę spokojniejszy.
-Nie byłem głodny. -mruknąłem cicho, opadając głową na poduszkę.
-Znowu siedziałeś cały czas na balkonie? Oglądanie gwiazd jest aż takie ciekawe?
-Nawet nie wiesz jak bardzo.
Uśmiechnąłem się szeroko do samego siebie.
-Dobrze jest posiedzieć trochę czasu samemu, w ciszy i spokoju... oglądając jasne, lśniące punkty rozsypane na tle nocnego nieba.
Zapatrzyłem się w sufit, kładąc dłonie na brzuch.
-Zawsze był z ciebie niezły poeta.
Chłopak zaśmiał się, również układając wygodnie na łóżku. Przez długi czas milczeliśmy, skupiając się na własnych myślach. Nawet nie zorientowałem się, kiedy przysnąłem.
Nagle usłyszałem wrzaski. Uniosłem zlepione powieki, rozbudzając się gwałtownie. Tuż po tym zobaczyłem trzech chłopaków biegających po pokoju. Podniosłem się szybko, jednak od razu tego pożałowałem, bo w tej chwili oberwałem poduszką prosto w twarz.
-Hej! -wrzasnąłem, odrzucając ją na bok.
-Co wy robicie?!
Zapadła kompletna cisza. Cała trójka spojrzała na mnie poważnie, jednak tuż po tym wybuchnęli donośnym śmiechem.
-Nie śpij, tylko się trochę zabaw, póki jeszcze nas nie sprawdzają! -krzyknął czarnowłosy chłopak, ponownie rzucając we mnie kolejną poduszką.
Mruknąłem tylko cicho, po czym odchyliłem głowę do tyłu. Po chwili wstałem i podszedłem do okna. Szybko zatonąłem w widoku rozgwieżdżonego nieba, które za każdym razem sprawiało, że mimowolnie się uśmiechałem. Nie miałem ostatnio ochoty na wygłupy z przyjaciółmi i byłem strasznie przemęczony. Wcześnie zasypiałem a wstawanie rano i tak sprawiało mi niemałą trudność. Podczas wysiłku fizycznego męczyłem się szybciej niż pozostali. W końcu podszedłem do szafy, wyjąłem z niej czarną kurtkę i założyłem ją na siebie.
-Wychodzę -oznajmiłem tylko cicho, kierując się do drzwi.
-Zwariowałeś? Nie pozwolą ci.
Steven podszedł do mnie.
-Nawet mnie nie zauważą, zaufaj mi. -szepnąłem, szeroko się przy tym uśmiechając. Nie czekając na odpowiedź, szybkim krokiem wyszedłem z pokoju. Rozejrzałem się uważnie po korytarzu, założyłem kaptur bluzy i ruszyłem przed siebie. Zatrzymałem się na rogu, wychylając tylko głowę. Na moje nieszczęście zobaczyłem dwie opiekunki idące w moją stronę. Cofnąłem się i pobiegłem z powrotem. Nie zdążyłbym jednak wrócić do pokoju. Chwyciłem za klamkę pierwszych napotkanych na drodze drzwi. Specjalnie nie zapaliłem światła. Znalazłem się w małym składziku. Stanąłem w bezruchu , czekając i uważnie nasłuchując. Rozmowa była coraz głośniejsza, po chwili jednak usłyszałem, że dwie kobiety minęły drzwi i poszły dalej. Odetchnąłem z ulgą i delikatnie otworzyłem drzwi. Szybko ruszyłem w stronę wyjścia, nawet się nie oglądając.
Jak na złość akurat musiało się rozpadać. Nienawidziłem takiej pogody. Na samą myśl cały trząsłem się z zimna.
-Szlag... -warknąłem pod nosem i poszedłem szybko przed siebie. Nie chciałem, by ktoś z opiekunów jeszcze mnie zauważył i zatrzymał. Nabrałem ochoty na dłuższy spacer. Dlaczego akurat o tej porze? Taki już byłem. Wiele razy się wymykałem. Za każdym razem wszystko świetnie się udawało.
Czując chłodne krople deszczu na moich dłoniach, schowałem je w kieszeniach spodni.
Uśmiechając się radośnie, oglądałem nocny krajobraz miasta. W oczy rzucało mi się mnóstwo świateł i kolorowych obrazów.
Sydney tętniło życiem o każdej porze dnia i nocy. Kochałem to miejsce, było moim domem od zawsze. Chociaż nie miałem tutaj prawdziwej rodziny, znałem wielu wspaniałych ludzi.
Mijałem po drodze mnóstwo klubów i barów, jednak takie miejsca mnie nie interesowały. Gdy przekroczyłem próg swojej ulubionej kawiarni, pierwsze co poczułem to gwałtowna zmiana temperatury. W środku było ciepło i przyjemnie. Tuż po tym zwróciłem uwagę na mocny zapach kawy i świeżych kwiatów. Zdjąłem kurtkę, przewieszając ją przez ramię. Złożyłem zamówienie, po czym usiadłem przy jednym ze stolików, rozglądając się i obserwując innych ludzi.  Mój wzrok zatrzymał się na czteroosobowej rodzinie zajmującej miejsca pod ścianą. Radośnie śmiali się i wspólnie bawili. Uśmiechnąłem się ledwo zauważalnie i odwróciłem głowę z powrotem.
Upiłem łyk gorącej kawy, rozkoszując się zapachem i smakiem. Zamyśliłem się głęboko, ślepo wpatrując w przestrzeń.
Nie miałem najmniejszego zamiaru wracać w najbliższym czasie. Chciałem pobyć trochę sam... już z natury byłem samotnikiem.
Po chwili przysiadła się do mnie kobieta o krótkich, mocno rudych włosach. Spojrzałem na nią pytająco.  Zaniepokoiło mnie to trochę, chociaż pomyślałem, że po prostu mnie z kimś pomyliła, bo jeśli chodziło o wolne miejsca, to było ich jeszcze mnóstwo.
-Dobry wieczór -odezwała się łagodnym głosem.
-Dobry wieczór -odpowiedziałem równie spokojnie i posłałem jej ciepły uśmiech.
Wyrwała mnie z zamyślenia.
-John... musimy poważnie porozmawiać.
W chwili, gdy usłyszałem swoje imię od kompletnie obcej mi osoby o mało co nie zakrztusiłem się kawą. Kompletnie mnie zatkało. Ona mnie znała? Pomyślałem w pierwszej chwili, że to jakiś żart, jednak ona patrzyła na mnie śmiertelnie poważnym wzrokiem.
-Skąd znasz moje imię? -spytałem zaniepokojony, wpatrując się w nią wyczekująco.
-Nazywam się Jean Grey... -odpowiedziała dziwnie ściszonym głosem. -Przejdźmy od razu do konkretów. Zauważyłeś, że przy tobie ogień dziwnie się "zachowuje", prawda?
-Tak... -przyznałem, nie dowierzając. -Ty... ty wiesz coś o tym?
-Wiem dużo, chłopcze. Jestem tutaj po to, by ci pomóc. Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, bo nie ma czasu na powtórki... Polują na ciebie źli ludzie.
Położyła dłonie na stolik, nie odrywając ode mnie wzroku.
-Jestem nauczycielką w szkole Profesora Xaviera dla Uzdolnionej Młodzieży. Albo inaczej... w Instytucie Mutantów. -szepnęła, przybliżając się do mnie. Widocznie nie chciała, by ktokolwiek usłyszał. Bała się? Ale czego tak właściwie?
Nie mogłem uwierzyć w to, co Jean mi powiedziała. Co prawda słyszałem kiedyś o mutantach w Sydney, ale uznałem to tylko za głupią plotkę. Tak właściwie to kim byli mutanci? Nie miałem pojęcia. Jedyne co o nich wiedziałem to plotki powtarzane w okolicy i informacje z wiadomości. Inaczej... że są groźni, niebezpieczni i żądni krwi. A później co? Dowiaduję się, że to wszystko kłamstwo a ja mam z nimi coś wspólnego? Byłem w prawdziwym szoku.
-Chcesz mi powiedzieć... że... ja jestem... -sam przerwałem wypowiedź, spoglądając na nią wyczekująco.
-Mutantem? Tak. Dlatego właśnie profesor Xavier się tobą zainteresował i znalazł. Ale na rozmowy czas będzie później... zapewniam, że całkiem niedługo wszystko stanie się dla ciebie jaśniejsze. Teraz musimy stąd iść, zanim zjawią się oni. -przyznała nerwowo, po czym poderwała się gwałtownie.
-Jacy "oni"? -spytałem zdziwiony, nawet nie ruszając się z miejsca. Jean pociągnęła mnie mocno za ramię, wyszarpując stamtąd i przybliżając do siebie. Zanim jednak zdążyłem w jakikolwiek zareagować, jak na zawołanie usłyszałem tuż za sobą dźwięk rozbitego szkła. Szyba okna, pod którym jeszcze przed chwilą siedzieliśmy została w jednej chwili rozerwana przez dziesiątki metalowych kul. Przerażony schyliłem się, w dalszym ciągu czując na swoim ramieniu dłoń Jean. W jednej chwili całą kawiarnię jak i okolicę opanował chaos, przerażenie, i wrzaski ludzi na ulicy.
Upadając na ziemię osłoniłem dłonią tył głowy przed szkłem, po czym spojrzałem wystraszonym wzrokiem na rudowłosą kobietę. Moje serce zaczęło bić jak oszalałe a czas zdawał się nagle zwolnić tempo.
Jednym spojrzeniem ogarnąłem całą kawiarnię. Klienci jak i pracownicy uciekali w popłochu lub chowali się gdzie tylko mogli. Wątpię, czy w tamtym momencie ktokolwiek wiedział, co tak właściwie się działo. Wszyscy wyglądali na zbyt przerażonych. No, może prócz tej tajemniczej kobiety.
Jean miała w sobie pewien urok, który zachęcał do kontaktu. Z drugiej strony jednak wyglądała na kobietę surową, chłodną i o zadziornym charakterze. Wtedy jednak nie miałem wyjścia. To, co mi powiedziała było zbyt szokujące, by tak po prostu uwierzyć, ale pewna część mnie wiedziała a przynajmniej głęboko wierzyła, że wszystko to jest prawdą.
-Jean? -odezwałem się nerwowo, szturchając ją w ramię.
-Zaczekaj moment! -odkrzyknęła, wyraźnie na coś czekając. Przytaknąłem tylko, próbując zorientować, co tak właściwie dzieje się dookoła. Opuściłem głowę w dół, ciągle nerwowo drżąc. Oto co mi przyszło ze spaceru o północy!
-Teraz! -usłyszałem nagle ten sam kobiecy głos. Dodatkowo mocno chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła za sobą, podrywając się z ziemi. W tym momencie ponownie usłyszałem strzały. Metalowe kule wystrzeliwały w naszą stronę z zawrotną prędkością.
Każdy jednak wie, jak trudno jest trafić w ruchomy cel, którym jak się okazało, byłem wtedy ja. Miałem szczęście, prawda?
Obydwoje schowaliśmy się w małym pomieszczeniu. Łapczywie chwytając powietrze w płuca oparłem się o ścianę. Rudowłosa  z kolei zaczęła przeszukiwać swoje kieszenie.
Po chwili jednak wcisnęła coś przy małej słuchawce w uchu i odezwała się.
-Scott! Gdzie jesteście? Mieliśmy mniej czasu niż myślałam, zabierzcie nas stąd! -wrzasnęła nerwowo, zaczynając kręcić się w kółko.
-Musimy dostać się kilka ulic dalej. -odezwała się w końcu do mnie -Dasz sobie radę? -dodała po chwili.
-Co mam robić? -spytałem krótko i niepewnie.
-Bronić się... i nie dać zabić. Jesteś gotowy na walkę? Użyjesz swoich płomieni do obrony, John.
Nawet na mnie nie spojrzała, mówiąc to wszystko. Wyglądała zza rogu sprawdzając coś.
-Ale jak mam to robić? Ja nie potrafię. -przyznałem nieśmiało, spuszczając głowę.
Kobieta podeszła do mnie i wyjęła z kieszeni mojej kurtki zapalniczkę. Jednym ruchem odpaliła ją.
-Potrafisz. -mruknęła cicho, przenosząc wzrok na mnie. W ciemnym pomieszczeniu jej twarz oświetlona blaskiem małego płomienia wyglądała trochę strasznie.
-Możesz to zrobić gestami. John, skup się na tym płomieniu i spróbuj poruszyć nim za pomocą swojej dłoni.
Przytaknąłem tylko ruchem głowy, po czym przeniosłem wzrok na płomień. Uniosłem rękę na wysokość klatki piersiowej. Gdy całą swoją uwagę skupiłem na ogniu, zaczął on poruszać się zgodnie z ruchami mojej dłoni. Uśmiechnąłem się szeroko i podekscytowany aż podskoczyłem. Dla innych mogło to wydawać się przerażające, ale osobiście uważałem całą tę sprawę za cudowną i niezwykle ciekawą... ogień w mojej obecności kompletnie wariował. Zupełnie jak po rzuceniu magicznego zaklęcia! Potrafiłem kontrolować płomienie i kto wie, co jeszcze!
W dodatku, jakby tego było mało, miałem trafić do miejsca, gdzie jest więcej takich osób jak ja.
Nie miałem w sumie nic do stracenia, więc dlaczego by z nimi nie wyjechać? Jean była bardzo przekonującą osobą. To, co się tutaj działo było po prostu istnym szaleństwem... ale mnie się jak najbardziej podobało.
Zacząłem już rozumieć o co chodzi z moją umiejętnością.
-Gotowy? -spytała, otwierając drzwi małego pomieszczenia, w którym obecnie się ukrywaliśmy. Przytaknąłem, ruszając po chwili tuż za nią. Uzbrojeni ludzie w czarnych strojach od razu zwrócili się w naszą stronę. Usłyszałem  kolejne strzały. Schylając się, posłałem w ich stronę płomień, starając się go powiększyć. Udało się! Gdy po chwili ogień zniknął, uniosłem głowę i nie dowierzając zacząłem nerwowo oddychać. Mężczyźni, którzy jeszcze przed chwilą do nas strzelali, leżeli teraz na ziemi. Nie miałem pojęcia, czy żywi. Zanim w ogóle zdołałem to sprawdzić, Jean pociągnęła mnie za krawędź kurtki. Bez słowa ruszyliśmy przed siebie. Szybkim krokiem szedłem za nią, oglądając się co chwilę za siebie. Byłem wtedy niewiarygodnie podekscytowany, ale też wystraszony. Minęliśmy jeszcze kilka zakrętów, a za jednym z budynków na dużym parkingu zobaczyłem wielki, czarny samolot. Zatrzymałem się z wrażenia i uśmiechnąłem.
-Woah... -wymamrotałem cicho pod nosem, po czym wolnym krokiem dołączyłem do Jean i kilku innych ludzi. Kobieta stojąca po prawej stronie miała długie śnieżnobiałe włosy. Od razu moją uwagę przykuło także dwoje mężczyzn. Jeden ubrany w skórzaną kurtkę i jeansy a drugi czarny kostium ze znakiem "X" na ramieniu. Miał również na oczach ciemne okulary. W nocy? Dziwne.
Wyraźnie się kłócili. Nie odezwałem się ani słowem. Jean zrobiła to jednak za mnie.
-Przestańcie sprzeczać się o głupoty i skupcie się trochę! -zwróciła się do nich, zerkając po chwili na mnie.
-John, poznaj Storm, Logana i Scotta.
Wskazała na ich kolejno. Ja tylko się uśmiechnąłem.
-Myślałem, że będzie trochę... mniej... że będzie starszy. Powiedziałaś, że lecimy po kogoś ważnego, nie po dzieciaka... -mężczyzna przedstawiony jako Logan zmierzył mnie wzrokiem, po czym przeniósł go na Jean. Od razu spoważniałem.
-A czy uczeń nie jest ważny? Nie mieliśmy możliwości skorzystania ze standardowej procedury. Chłopak był obserwowany. Każdy wiedział po kogo lecimy... i to ze szczegółami. Prócz ciebie. Całą drogę o tym rozmawialiśmy, o czym ty wtedy myślałeś?! -odezwała się poirytowana.
-Nieważne... -przewrócił tylko oczami, zapalając cygaro.
-Lećmy już, nie ma... -przerwała nagle. Wszyscy znieruchomieliśmy, słysząc nagle samoloty, helikoptery i odgłos ładowanej broni.
Wokół nas zjawiło się mnóstwo ludzi podobnych do tamtych w kawiarni.
-Odsuńcie się od samolotu i oddajcie chłopaka a nikomu nic się nie stanie. -usłyszeliśmy głos płynący od jednego z helikopterów. Przeraziłem się. Ktoś naprawdę na mnie polował? Ale... dlaczego?
Nikt z poznanych przeze mnie przed chwilą osób nie wykonał jednak rozkazu.
Zależało im na mnie, czy mieli w tym jakiś inny cel?
W jednej chwili mężczyzna z okularami stanął przede mną. Znów usłyszałem bardzo dobrze znany mi od dzisiaj dźwięk strzałów. W tej samej chwili Scott zdjął okulary, a z jego oczu wystrzelił czerwony promień, który trafił  w dużą ilość celujących do nas żołnierzy.
Zaskoczony przyglądałem się temu w bezruchu. Pozostali również ustawili się przede mną w gotowości do walki. Logan uniósł dłonie a z nich wysunęły się po trzy ostre, lśniące szpony. Jean wyciągnęła ręce przed siebie a pociski lecące prosto na nas po prostu się zatrzymały. Setki kul zmieniło tor lotu, cofając się w stronę osób, które je wystrzeliły.
Żołnierzy jednak ciągle przybywało. Wyskakiwali z helikopterów, które wciąż przelatywały nad naszymi głowami. Chciałem pomóc, ale nie miałem pojęcia co w tej chwili zrobić. Użyć ognia? A jeśli zrobię coś źle? Wolałem się raczej nie wtrącać.
Rozpoczęła się poważna walka. Żołnierze ruszyli w naszą stronę. Wszyscy zaczęli odpierać ich ataki.
Pojawiła się obok mnie białowłosa kobieta, która wcześniej unosiła się w powietrzu tuż nad nami.
-Lepiej będzie jak się schowasz.
Chwyciła mnie za ramię i pociągnęła do tyłu. Zdezorientowany nawet się nie opierałem. Gdy miałem ruszyć razem ze Storm do ciemnego samolotu, ona nagle upadła. Przerażony cofnąłem się natychmiast, przyglądając jej przez chwilę. Na jej plecach zobaczyłem jakieś strzałki. Była nieprzytomna.
Zwróciłem swój wzrok w stronę pozostałych. To samo stało się ze Scottem. Trudno mi było spokojnie i logicznie myśleć w takim chaosie. Wszystko działo się zdecydowanie zbyt szybko.
Poczułem nagle mocne pociągnięcie za obydwa ramiona. To na pewno nie były delikatne dłonie Grey.  Tuż po tym upadłem na ziemię. Zacisnąłem na moment powieki i poczułem silny ból w plecach i karku. Zaraz po tym ktoś szarpnął za moją kurtkę, unosząc mnie do góry. Gdy otworzyłem oczy, nie widziałem już ludzi, którzy wcześniej mnie bronili. Wokół stało jedynie mnóstwo żołnierzy.
Jeden z nich przyłożył zimny przedmiot do mojej szyi. Tuż po tym poczułem, jak wbija się w nią coś ostrego. Warknąłem cicho a po chwili zorientowałem się, że wszystko wokół jakby się rozmazywało. Spuściłem głowę w dół. Nie miałem nawet siły na to, by się szarpać. Zaledwie sekundę później straciłem przytomność.


WAŻNA UWAGA: Jeżeli decydujesz się zostawić komentarz jako "anonim", czyli użytkownik niezalogowany, proszę, podpisz się pod nim :p dzięki

2 komentarze:

  1. Stary to jest boskie! Dawaj więcej! :3

    OdpowiedzUsuń
  2. cudnie piszesz *-* chcę więcej <3 ~Katie

    OdpowiedzUsuń