They're coming to take me away

They're coming to take me away

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 9 "Jesteś bogiem wśród owadów"

Wbiegliśmy pospiesznie do odrzutowca i nie zwlekając zajęliśmy swoje miejsca. Zanim jednak usiadłem, dostrzegłem na jednym z foteli mężczyznę o ciemnoniebieskiej skórze. Wyglądał niecodziennie, ale żyjąc wśród mutantów przyzwyczaiłem się już do pewnych niezbyt normalnych sytuacji czy nienaturalnego wyglądu. Przedstawił się jako Nightcrawler, co odrobinę mnie zaskoczyło. Nigdy wcześniej nie słyszałem podobnego pseudonimu.
Zanim zająłem swoje miejsce, Bobby krótko przedstawił jeszcze naszym dwóm nauczycielkom sytuację z jego siostrą.
Wyruszyliśmy bezzwłocznie w drogę -miałem nadzieję, że prosto do Instytutu. Nie chciałem kolejnych przygód, po prostu pragnąłem po raz pierwszy od tych kilkunastu godzin poczuć się bezpieczny i wolny od tych, którzy ciągle do nas celowali...
Spokój podróży nie okazał się jednak zbyt długi. Radary zaczęły szaleć i już wkrótce zobaczyliśmy dwa mniejsze odrzutowce F16. Otoczyły naszego Blackbirda z obu stron i niedługo po tym usłyszeliśmy wiadomość nadawaną z jednego z nich. Kazano nam zmniejszyć wysokość, mieli eskortować nas aż do jakiejś bazy wojskowej. Wiadomość powtórzyła się jeszcze raz, ale Jean i Storm nie posłuchały rozkazu, co mnie bardzo ucieszyło.
-Chyba ktoś się wkurzył... -stwierdziła Storm, zerkając na radar i szybę odrzutowca.
-Ciekawe dlaczego? -spytał ironicznie Logan, po czym spojrzał na mnie znacząco. W odpowiedzi jedynie uniosłem brwi. Oczywiście -moja wina.
Odrzutowce wycofały się, ale coś mi mówiło, że to jeszcze nie koniec kłopotów. Nastała cisza, a po chwili znów coś się stało...
-Celują do nas! -krzyknęła jedna z nauczycielek, po czym razem z drugą chwyciła za stery. Białowłosa postanowiła utrudnić napastnikom zadanie i już po chwili zupełnie czyste niebo zakryły burzowe chmury. Wyrwały się z nich potężne, ciemne wiry, było ich może kilkanaście... pojawiały się coraz nowsze i krążyły przy nas. Storm usiłowała kierować je na napastników, jednocześnie unikając groźnych tornad naszym odrzutowcem. Była to jedna z wielu chwil, w których czułem się dumny z tego, że ja i moi przyjaciele ze szkoły jak i profesorowie są mutantami z niezwykłymi umiejętnościami, były naprawdę często przydatne. Tornada zniknęły... miałem ogromną nadzieję, że to już naprawdę koniec. Te wszystkie akrobacje, gwałtowne ruchy samolotu... jak dla mnie wystarczy. Dość! Miałem wielką ochotę prosić już o to, żebyśmy wylądowali. Z trudem powstrzymałem się od tego, gdy wodząc wzrokiem po wnętrzu odrzutowca napotkałem Nicole. Nie chciałem wyjść przecież ani przy niej ani przy pozostałych na zwykłego tchórza, choć faktycznie... powietrzne akrobacje nie należały do moich ulubionych zajęć.
-Dwa pociski! -tylko tyle zdążyłem usłyszeć zanim przyspieszyliśmy ponownie. Miałem dość latania. Powiedziałem sam sobie w duchu, że już nigdy więcej nie wsiądę do żadnego samolotu. Poczułem, jak kręci mi się w głowie, gdy nasz odrzutowiec obrócił się o całe 360 stopni.
-Proszę, nie rób tego więcej... -poprosiłem, a mój wyraz twarzy wskazywał wyraźne niezadowolenie, wręcz szok. Mocno zacisnąłem pięści na krawędziach swojego fotela i jeszcze mocniej się o niego oparłem. Zupełnie tak, jakbym chciał po prostu się do niego przykleić.
-Zgadzam się... -potwierdził Logan, zerkając na nauczycielki.
-Jean? -odezwała się Storm i spojrzała na swoją koleżankę, która najwyraźniej za pomocą swoich mocy próbowała zniszczyć rakiety. Jedna z nich wybuchła z daleka od nas. Z drugą nie mieliśmy tyle szczęścia. Wszyscy nagle usłyszeliśmy głośny huk i poczuliśmy silny wstrząs. Gwałtowny wiatr wciskał się do naszego samolotu przez ogromną wyrwę na jego tyle. Z każdą sekundą zbliżaliśmy się do ziemi... odrzutowiec został tak uszkodzony, że nie mogliśmy utrzymywać się dłużej w powietrzu. Wszyscy chyba byliśmy przerażeni, ja na pewno... lada chwila i mieliśmy rozbić się gdzieś wśród drzew.
I nagle... tuż przy ziemi zatrzymaliśmy się. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to wszystko nie jest snem. Zamknąłem oczy, przygryzłem mocno wargę, ale gdy z powrotem je otworzyłem, otoczenie się nie zmieniło. Wciąż siedziałem na tym samym miejscu wśród tych samych osób. Zacząłem więc rozglądać się, a patrząc na innych poszukiwałem kogoś, kto mógł rozumieć, co się właściwie stało. Kiedy wychyliłem głowę w bok, dostrzegłem tuż przy naszym samolocie mężczyznę w dziwnym hełmie i płaszczu/pelerynie? Wyciągał on dłoń w stronę naszego odrzutowca a u jego boku stała inna, niebieskoskóra osoba. Czyżby był to Magneto, o którym tyle udało mi się słyszeć...?

Mimo wszystko Blackbird wymagał naprawy, która niestety miała potrwać dłużej niż na początku myślałem. Zapadał zmrok a ja siedziałem na ziemi, i opierając się o pień drzewa obserwowałem przestrzeń przed sobą. Las okryty cieniem i gwiazdy porozrzucane na czarnym tle nieba. Ciepło ogniska rozpalonego niedaleko kusiło, nawet bardzo, ale chciałem zostać sam. Było dość chłodno, jednak nie zwracałem na to uwagi pogrążony w myślach o tym, co wydarzyło się przez ostatnie kilkanaście godzin...
-Jak tam jest? -spytał melodyjny kobiecy głos Nicole, która znikąd pojawiła się i usiadła tuż obok mnie.
-Tam? -spytałem zdziwiony, nie wiedząc, czy może jakaś część jej pytania mi umknęła.
-W tej waszej szkole... -odpowiedziała, obejmując rękoma swoje kolana.
-Pytasz niewłaściwą osobę. Lepiej idź z tym do swojego brata...
-Nie chcę z nim o tym gadać. Ledwo znosi myśl, że w ogóle tam z wami lecę...
-Cóż, chyba nie byłbym w stanie opowiedzieć ci wielu miłych rzeczy na podstawie własnego doświadczenia. Nie chcę cię zrażać. -stwierdziłem, wykrzywiając kącik ust w niezbyt przekonującym uśmiechu.
-Dlaczego tak mówisz? Coś jest z tą szkołą nie tak? Powiesz mi? -ciągle dopytywała. Była uparta i to chyba mi się podobało.
-Przypominasz mi pewną osobę... -stwierdziłem, nie chcąc odpowiadać na jej pytania dotyczące szkoły. Dostrzegłem kątem oka, że patrzy na mnie zdziwiona.
-Kogo? -spytała krótko.
-Dziewczynę, którą poznałem całkiem niedawno... byliśmy razem na spotkaniu, wieczorami bardzo długo ze sobą rozmawialiśmy, mieszkała razem z rodziną w budynku, który przypominał pałac. Jest położony tuż przy naszej szkole, a teraz... nie wiem nawet, co się z nią stało. Nie mam telefonu, nie mogę zadzwonić ani po prostu przyjść zobaczyć, czy wszystko z nią dobrze. -westchnąłem i zacząłem wpatrywać się w niebo ze zmieszanym i zaniepokojonym wyrazem twarzy.
-Ohh... rozumiem... martwisz się o nią.
Nie odpowiedziałem.

Tej nocy nie wydarzyło się już nic szczególnego. Po krótkiej rozmowie z siostrą Bobby'ego położyłem się od razu spać. Zaśnięcie było trudne, bo z każdą sekundą atakowały mnie nowe myśli, które wbijały się w mój umysł jak ostry miecz ciśnięty prosto w przeciwnika. Nawet gdy usnąłem, dręczyły mnie one w koszmarach. Wciąż budziłem się oblany zimnym potem, ze strachem przed ponownym zaśnięciem, a jednak... zmęczenie z powrotem posłało mnie do krainy snów, gdzie natychmiast ściskały mnie objęcia mroku i strachu.
Męczyłem się w ten sposób przez całą noc.
Kiedy rozbudziłem się rano, wciąż byłem śpiący, ale nie miałem zamiaru oddawać się koszmarom. Po chwili wbijania wzroku prosto w górę podniosłem się i przetarłem oczy. Od razu zarzuciłem na siebie bluzę, bo poczułem nagły przypływ zimnego powietrza. Później buty i już byłem gotów do opuszczenia namiotu.
Nie zadowalała mnie pogoda panująca na zewnątrz. Pływały nad nami ponure chmury , poczułem objęcia chłodu a nawet niewielkie krople zimnego deszczu. Zadrżałem, ale ruszyłem szybko w stronę Blackbirda, gdzie głównie nasi opiekunowie kończyli naprawę.   Trzymając w dłoni swoją nieodłączną zapalniczkę zbliżałem się coraz bardziej do dr. Grey, która nadzorowała ostatni etap naprawy. Nagle poczułem na sobie bardzo wyraźnie czyiś wzrok... po prostu wiedziałem, że na mnie patrzy, nie wiem skąd. Wcale mi się nie wydawało. Obserwował mnie Magneto, który jak wcześniej przebywał w towarzystwie swojej niebieskoskórej koleżanki. Wydawało mi się tylko, czy ona była... naga?
Spojrzałem na niego, lecz szybko odwróciłem wzrok, gdyż on najwyraźniej wcale nie miał zamiaru przestać na mnie patrzeć a ja bardzo nie lubiłem, gdy tak mnie obserwowano... czułem się bardzo nieswojo.
Pozostałem z tyłu. Wolałem nie zwracać na siebie za bardzo niczyjej uwagi, chociaż nie do końca mi to wychodziło, bo wciąż czułem się obserwowany z jednej i tej samej strony. Słyszałem za sobą rozmowę, jednak nie dałem rady odróżnić poszczególnych słów. Intrygowało mnie to, ale przecież nie mogłem tak po prostu podejść i słuchać. W sumie... teoretyczne mogłem, ale to byłoby odrobinę dziwne.
Jakiś czas później znajdowaliśmy się już w odrzutowcu. Lecieliśmy dalej a ja zająłem tym razem miejsce na tyle. Siedziałem obok naszych "wrogów", ale to jakoś wcale mnie nie zrażało. Nie czułem się zdenerwowany, zagrożony... byłem spokojny, zajmowałem się sobą i swoją zapalniczką. Spojrzałem po chwili na tego mężczyznę. Wcale nie wyglądał tak groźnie.
Nie był młody, ale miał w sobie to coś, co mnie jednak zaciekawiło. Zachowywał śmiertelnie poważny wyraz twarzy i wpatrywał się w jeden punkt prosto przed sobą. Aż sam zerknąłem w tamtą stronę sprawdzając, czy nie ma tam nic ciekawego. Faktycznie -nie było.
Kolor jego ubrania nie był zbyt oryginalny -czarny, i wyglądał bardziej jak jakiś specjalny strój do walki.   Ramiona mężczyzny okrywał jakby płaszcz, czy bardziej peleryna, czarna jak reszta kostiumu z zewnętrznej strony i karmazynowa z wewnętrznej. Zwróciłem uwagę również na ciemne rękawice.
Przeważnie nie zajmowałem się szczegółami takimi jak oczy -bynajmniej nie na początku. Tutaj jednak było inaczej. Były szaro-niebieskie, wyglądały na smutne, czego nie można było powiedzieć o należących do Niebieskoskórej, jasnożółtych i pełnych życia oczach. Spotykałem się już z mutantami o różnym wyglądzie, ale kogoś takiego jak ona nie widziałem jeszcze nigdy... była bardzo interesująca. Słyszałem, że potrafi przybrać wygląd dowolnej osoby, naśladując nawet jej głos, z kolei mężczyzna u jej boku ponoć kontroluje metal. Oboje mnie zaciekawili, ale rozmowę postanowiłem zacząć trochę inaczej, niż gadać o ich mocach...
-Więc... -zacząłem trochę nerwowo, choć nie było tego po mnie widać. -mówią, że jesteś czarnym charakterem. -powiedziałem, wpatrując się w zapalniczkę.
-Tak mówią? -spytał, nawet na mnie nie patrząc. Przytaknąłem tylko, wydając z siebie jedynie ciche "mhm".   Dostrzegłem nagle coś, co mnie bardzo zaciekawiło.
-Po co ci ten kretyński hełm? -wypaliłem nale. Trochę dziwny sposób na okazanie zainteresowania owym przedmiotem i rozpoczęcie znajomości, ale cóż... było to pierwsze co cisnęło mi się na język.
-Ten kretyński hełm to moja jedyna ochrona przed prawdziwymi czarnymi charakterami. -odpowiedział i dopiero wtedy w ogóle na mnie spojrzał. Gdy natknąłem się na jego wzrok, natychmiast zamilknąłem. Nagle, gdy ten delikatnie wyciągnął dłoń przed siebie, zapalniczka z małym płomykiem wyrwała mi się z ręki i w powietrzu powędrowała do niego...
-Jak się nazywasz? -spytał, wpatrując się dziwnie w przedmiot.
-John... -odpowiedziałem spokojnie, patrząc na niego wyczekująco. Chciałem odzyskać to, co należało do mnie. On jednak spojrzał na mnie tak, jakby ta odpowiedź była błędna, jakby spodziewał się czegoś innego...
-Jak się naprawdę nazywasz? -spytał ponownie, kładąc wyraźny nacisk na słowo "naprawdę". Przez chwilę patrzyłem tępo na niego, następnie na płomień unoszący się nad metalem. Tuż po jednym ruchu mojej dłoni ogień posłusznie przypłynął do mnie i zatrzymał się dopiero nad moimi palcami.
-Pyro... -odpowiedziałem, nie spuszczając ognia z oczu. Dopiero w tamtym momencie zdałem sobie sprawę z tego, czym są właściwie nasze pseudonimy i zacząłem bardziej się nad tym zastanawiać.
-Masz niesamowitą moc, Pyro. -przyznał, obserwując cały czas moje ruchy. Zainteresowała się nawet Mystique siedząca obok niego. Ja jednak zamknąłem dłoń a po ogniu nie było już wtedy żadnego śladu. Na mojej skórze również nie znajdowały się chociażby najmniejsze oparzenia.
-Potrafię tylko kontrolować ogień, nie mogę go stworzyć.
Zabrzmiało to tak, jakby kontrola nad żywiołem była czymś... bezużytecznym. Nie zdawałem sobie wtedy sprawy z potęgi, jaką posiadałem.
-Jesteś bogiem wśród owadów. Nigdy nie pozwól wmówić sobie inaczej.
To powiedziawszy, oddał mi zapalniczkę, a gdy odebrałem swoją własność, jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w niego myśląc nad tymi słowami.   Nie sądziłem, że wyniknie z tego jakaś rozmowa. Bardziej spodziewałem się, że kompletnie mnie zignoruje a nie powie coś, przez co zrobi mi się naprawdę... miło.
Przez resztę drogi nie rozmawialiśmy, siedziałem w milczeniu, intensywnie myśląc o wypowiedzianych przez Magneto słowach.
Tym razem lot wydawał mi się zdecydowanie krótszy. Gdy zdołałem wyrwać się licznym myślom, byliśmy już na miejscu. Rozkojarzenie jednak dało mi się we znaki.
Siedząc cicho nie zwracałem nawet na siebie niczyjej uwagi.
Zmieniłem swoje miejsce dopiero po jakimś czasie, gdy zainteresowałem się planowaniem akcji. Jak mogłem się spodziewać, Bobby'emu, Rogue i mi kazali zostać w Blackbirdzie i czekać... bardzo, ale to bardzo nie spodobał mi się ten pomysł. Okazałem to, jednak oni bez zainteresowania opuścili w końcu odrzutowiec i poszli...